sobota, 4 czerwca 2011

z dusza na ramieniu...

Dzis po pracy nie wracalam sama do domu, razem ze mna w aucie siedzial moj aniol stroz. Ja wiem dla niektorych to moze zabrzmiec banalnie ale jakby nie bylo cos nade mna dzis czuwalo. Prawko mam od okolo 7 lat i jak do tej pory bez zadnych kolizji. Jechalam droga podbna do tej na zdjeciu ponizej, bo wszystko zdazylo sie pare kilometrow wczesniej. Droga jakby nie bylo prosta na tym odcinku jak drut... wiec jechalam sobie na tempomacie cos kolo 120 km/h. Z przeciwnej strony jechalo w oddali auto, takie jak moje nawet kolor byl podobny. I to auto pare metrow ode mnie wlaczylo migacz i chcialo skrecic do lasu. Co akurat nie jest dziwne, bo teraz czas dla wlascicieli okolicznych lasow na zbiory drewna.

Wszystko fajnie, tylko zamiast stanac i czekac az przejade, auto wjechalo czesciowo na moj pas. Jakies 5 metrow przede mna... i dopiero sie zatrzymalo. Jedyne co mi sie w tym momencie kolatalo po glowie, to to, ze jak zaraz w niego przyloze z ta predkoscia to dobrze sie to raczej dla mnie nie skonczy. Adrenalina mi ladnie skoczyla do gory... cisnienie tez. Nie wiem jak ale udalo mi sie go ominac na wcisnietym do konca hamulcu, otarlam tylko bok na calej dlugosci o jego zdezak i skosilam slupek na poboczu... i dobre pare metrow dalej stanelam. Rece mi sie tak trzesly, ze nie potrafilam drzwi otworzyc ale jak w koncu wyszlam z auta, to pierwsze co zrobilam to na niego nawrzeszczalam, bo inaczej to chyba bym pekla. Facet strasznie mnie przepraszal, stwierdzil ze mnie nie zauwazyl. A ja mialam ochote go udusic ale ta cala dzika wscieklosc i tak przerodzila sie w ulge, ze nic mi sie nie stalo a zadarcia na aucie w sumie kosmetyczne. Policji nie trzeba bylo wzywac, dane facet mi napisal i w poniedzialek musze jechac do serwisu. Koszty naprawy i auta na ten czas dla mnie pojda z jego ubezpieczenia.

Dopiero pare kilometrow dalej, jak szok czesciowo minal i sie troche uspokoilam, polecialy mi lzy... i nie moglam przestac plakac dobre kilkadziesiat minut. O wlos... bo to byly centymetry... uniknelam powaznego wypadku, ktorego konsekwencje potrafie sobie wyobrazic. Dzieki refleksowi, stalowym nerwom i wszystkim systemom wspomagajacym, ktore ma auto... i dzieki temu komus kto nade mna czuwa...



Moja codzienna droga z pracy, jeszcze 2 km i jestem w domu.

38 komentarzy:

  1. Sroczko... jak dobrze, że nic Ci się nie stało !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Desti:*
    dobrze, ze final stal sie taki a nie inny, sciskam MOCNO!
    Przyznam sie, ze ja wierze w to COS, co sprawia, ze czasami rozne wydarzenia maja taki a nie inny final...

    OdpowiedzUsuń
  3. Doprawdy to się nazywa mieć szczęście w nieszczęściu. Co prawda ja mam prawko 2 lata i nigdy nie miałam wypadku więc nawet nie wiem co musisz przeżywać po takiej sytuacji. Także po prostu trzymaj się :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najważniejsze, że Tobie się nic nie stało...

    OdpowiedzUsuń
  5. takie sytuacji zmuszają zawsze do myślenia... Trzymaj się mocno :* głupi facet... Że niby zawsze ważniejsi :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze, że nic się nie stało :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem co powiedzieć. To straszne, ale najważniejsze, że jesteś cała.

    OdpowiedzUsuń
  8. 120 km/h? Jeździsz autostradą do domu?

    OdpowiedzUsuń
  9. Obyś zawsze do tego domu bezpiecznie docierała :***

    OdpowiedzUsuń
  10. dziekuje dziewczyny :*

    MADA,
    on nie tyle glupi co gapa, bo przerazony byl jeszcze bardziej jak ja, on w momnecie gdy mnie zauwazyl to nic nie mogl zrobic...

    Anna,
    nie... normalna droga, co nie wyklucza predkosci 120 :] autostradami jezdze rzadko i przewaznie troche szybciej.

    OdpowiedzUsuń
  11. O rany boskie, Maus :* Dobrze, że się tylko na tym skończyło, dobrze, że nic Ci nie jest kochana! Rany aż mnie zmroziło jak czytałam...

    OdpowiedzUsuń
  12. dobrze, że jesteś cała i zdrowa:* ja w swoim życiu przeżyłam dachowanie i też chyba ktoś nade mną czuwał, bo skończyło się raptem 4 szwami na dłoni... mimo że nie boję się jeździć samochodem, to za każdym razem przy szybszej jeździe budzi się we mnie podświadomy lęk, którego chyba już nigdy się nie pozbędę...

    OdpowiedzUsuń
  13. Kochana, dobrze, że nic Ci się nie stało!! post mrożący krew w żyłach... dziś miałam podobną sytuację, ale też wyszłam z tego cało!! anioły są na świecie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Sroczko, dobrze, że nic Ci się nie stało :*

    OdpowiedzUsuń
  15. oj, dobrze że gdzieś tam coś lub ktoś czuwa nad Tobą i skończyło się na strachu , a Ty jesteś cała i zdrowa :*

    OdpowiedzUsuń
  16. dobrze że tylko tak się to skończyło..

    OdpowiedzUsuń
  17. ja do tej pory prawka nie zrobilam i chyba nie zrobie bo sie boje. po ostatniej stluczce jakos mi sie nie spieszy. sciskam mocno,dobrze ze niec ci sie nie stalo :**

    OdpowiedzUsuń
  18. mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz

    OdpowiedzUsuń
  19. wlasnie dlatego boje sie jezdzic:(
    nie boje sie swoich umiejetnosci bo jezdze bardzo ostroznie, ale innych ludzi:(

    dobrze, ze nic powaznego Ci nie jest:*

    OdpowiedzUsuń
  20. ojej groźnie było, dobrze, że tak przytomnie zareagowałaś i nic Ci się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
  21. O rany... Cieszę się, że skończyło się na strachu. Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  22. Dobrze,ze tylko tak sie skonczylo!

    OdpowiedzUsuń
  23. ale sie przestraszylam...jak to przeczytalam. Jak dobrze, ze nic ci sie nie stalo....

    ja jestem juz po potrojnym dachowaniu, dawno temu....i dzieki aniolom (bo chyba ich z mezem mielismy wielu) wyszlismy z tego calo, oboje. I chyba nie tylko anioly...bo auto bylo rewelacyjne, utrzymalo caly ciezar wielokrotnego dachowania.

    OdpowiedzUsuń
  24. kolejny dowód na konieczność ograniczenia zaufania wobec innych kierowców. całe szczęście że skończyło się to w taki sposób. drogę masz piękną ;)

    OdpowiedzUsuń
  25. Całe szczęście, że nic Ci się nie stało :* Mam prawko dopiero od tygodnia :) Dla mnie prawdopodobnie takie zdarzenie skończyłoby się znacznie gorzej. Boję się, że w takiej sytuacji zachowam się nieodpowiednio. Dlatego na razie jeżdżę z doświadczonymi kierowcami, żeby się jeszcze trochę poduczyć. W tej chwili nie mam pełnego zaufania do samej siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  26. O cholera, dzięki siłom najwyższym, że jesteś cała... Na 100% coś/ktoś nad Tobą czuwał, dobrze wiedzieć w sumie, że masz takiego stróża prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Boze, co za dzien :( W tym samym czasie, co Ty publikowalas swoja "przygode", ja bylam w drodze na pogotowie, na ktorym spedzilam wczoraj pol dnia ... ciesze sie, ze nic Ci sie nie stalo, mialam kiedys podobne przejscie, wiec doskonale wiem, jak sie czulas ... Sciskam mocno :*

    OdpowiedzUsuń
  28. O Matko,Maus, dopiero to przeczytałam. Dobrze,że jesteś cała i zdrowa. Ja nie lubię jeździć samochodem, zawsze mam stracha i pewnie dla tego nie zrobiłam prawka. Bądż uważny na drodze - pamiętam to z plakatów z czasów PRL.

    OdpowiedzUsuń
  29. dziewczyny dziekuje :* dzis juz mi lepiej :)

    Neomedia,
    tez ktos nad Toba czuwal :)

    Satin,
    ja od ponad 3 lat jezdze sluzbowo, wiec wiekszosc dnia spedzam za kolkiem, to mi dalo niezla wprawe :)

    Veloute,
    dobrze wiedziec :) i pewnie mu czasami wcale nie ulatwiam pracy, dlatego jestem wdzieczna, ze jest :)

    Urbi,
    :* ... biedna... moje przejsciowe alergie juz sie uspokoily, jak sobie pomysle, ze mialyby mnie tak dlugo meczyci widze, ze u Ciebie to faktycznie powaznie... wspolczuje.

    Pieknoscdnia,
    a ja kocham jezdzic autem :) ... mimo wszystko...

    OdpowiedzUsuń
  30. Uuuu matko! Współczuję Ci bardzo i całe szczęście skończyło się jak się skończyło.
    Ja kiedyś myślałam, że mi serce wyskoczy, jak wyprzedzałam w nocy, z naprzeciwka nic nie jechało. W momencie w którym zjechałam spowrotem na swój pas okazało się, że z naprzeciwka jednak coś jechało i było ok 20-30m przede mną jak wróciłam na swój pas... Czarne auto bez świateł a w środku 2 laski gadające ze sobą i nie patrzące na drogę :/

    OdpowiedzUsuń
  31. Sroczko -- gościowi wstrząs jaki mu fundnęłas należął się jak psu buda w tym wypadku .Myslę , ze i tak mial lekko bo gdyby na nerwowego gościa padło mogłby mieć wlane ...:/
    Mialam kilka dzwonów w zyciu ( jakoś nigdy ze swojej winy ech ... ) ,ale chyba nigdy az tak blisko blisko ze śwmiercią się nie spotkałam ..
    Jesteś z nami cała i zdrowa , a uto sie podreperuje . Buziaki i jeszcze to posiedzi w Tobie :*

    OdpowiedzUsuń
  32. Greatdee,
    to tez Ci sie pewnie cieplo zrobilo... ja mialam juz sporo roznych sytuacji w zwiazku z tym, ze w pracy jezdze ale to to... tej sytuacji dlugo nie zapomne.

    Mami,
    dzis zadzwonil powiedziec, ze glosil u ubezpieczyciela... trafil na mojego slubnego bo ja bylam w pracy i ten mi potem powiedzial, ze jeszcze 100 razy przepraszal :]

    OdpowiedzUsuń
  33. O matko!!! Jak to dobrze, ze tak to sie skonczylo i ze ktos nad Toba czuwa. Trzymaj sie cieplo i uwazaj na siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Dopiero teraz doczytałam. O matko, jak dobrze, że nic Ci się nie stało! Nie dziwię się łzom - też płaczę dopiero kiedy mi napięcie schodzi.
    Ściskam Cię ciepło i łagodnie :)

    OdpowiedzUsuń
  35. Desti, dzięki opatrzności ze nic Ci sie nie stało :*
    maj dla mnie był koszmarny w kwestii auta, na początki miałam dzwona z winy innego użytkownika, tylna lampa i zderzak a w ostatnich dniach maja podczas jazdy odkręciły mi sie śrtudy z jednego koła jechałam na jednej, mąz mało panów w wulkanizacji nie pozabijał, dodam zwe jechałam z córką a dzie3ń wcześniej panowie w wulkanizacji zakłądali koła z nowymi oponami...

    moja reakcja na takie sytuacje jest taka sama jak Twoja, nerwy, ulga i łzy...

    trzymaj sie, ściskam :)

    OdpowiedzUsuń
  36. Maus, dobrze, że jesteś cała. Dużo ciepła ślę.

    OdpowiedzUsuń