poniedziałek, 29 września 2014

niekosmetycznie w obrazkach... welcome to Santorini ;)

Nie ma co dluzej zwlekac, bo w koncu czkawki dostane... Mamiszon mozesz przestac przebierac raciczkami ;). Obiecalam wam pare postow na temat Santorini, takich bardziej praktycznych, ktore ulawiaja nam urlopowe zycie. A zeby nie bylo za sucho, to oczywiscie beda tez zdjecia.


Na greckie wyspy wygodniej wybrac sie z biurem podrozy. Ale warto sie rozejrzec w ofertach, internet daje nam teraz mozliwosc znalezienia idealnej oferty. Do tego szukajac w sieci, mozemy od razu sprawdzic czy wszystko naprawde tak wyglada jak nam obiecuja. Roznica w cenie miedzy biurem podrozy a samodzielnym zalatwianiem jest tak niewielka, ze mozna skorzystac z gotowych ofert. W moim przypadku duzo dalo to, ze zamawialam wiele miesiecy wczesniej i dostalam dosc duzy rabat. Przewaznie korzystam z Holidaycheck.de i tam wybieram sobie oferte biura podrozy, ktora mi najlepiej pasuje. Oczywiscie mozna tez na wyspe dostac sie promem (z Grecji albo Wloch) ale to opcja dla wytrwalych albo tych co maja bardzo dlugi urlop, bo to spory kawal drogi na wycieczke autem. Z tym, ze spotkalam dwa auta z polskimi tablicami, wiec jest to do przezycia ;)

Z Niemiec nie ma bezposrednich lotow, AirBerlin wspolpracuje z austriackim FlyNiki i mialam lot (mi akurat pasowalo z Monachium) przez Wieden na Santorini.


Santorini samo w sobie jest niewielka wyspa (92,5 km²) i jest to aktywny wulkan, co prawda w stanie spoczynku ale jakby nie bylo to taki troche urlop na beczce z prochem ;). W kazdym razie jej obecny ksztalt powstal w wyniku erupcji wulkanu w przeszlosci. I tak mamy glowna wyspe Thira, mniejsza Thirasia i "stozek" wulkanu Nea Kameni z siostra Palia Kameni. Cala ta przestrzen pomiedzy, wypelniona aktualnie woda to nic innego jak Caldera, czyli krater.


Zanim wam napisze o hotelach na wyspie, to chcialabym jeszcze wspomniec o jednej rzeczy. Santorini jest bardzo ciekawym miejscem i w sumie wszedzie jest pieknie ale nalezy sie dokladnie dowiedziec gdzie jest polozony nasz hotel i dopasowac to wszystko do naszych potrzeb. Mlodym osobom nastawionym na leniwy wypoczynek i "miejskie" atrakcje, z opcja nocnych szalenstw polecalabym miasta Thira i Oia. Mozna tam znalezc hotele kazdej klasy i na kazda kieszen. Z tym, ze od strony krateru nie ma plaz ale o tym wiecej napisze w innym poscie bo plaze na Santorini tez sa specyficzne. Z drugiej strony mamy zdecydowanie przejemniejsze wybrzeze i dla osob z dziecmi zdecydowanie polecam Kamari albo Perisse.


Hotele jak juz pisalam jest ich sporo i ceny maja zroznicowane ale nalezy przy wyborze hotelu uwazac i nie dac sie zmylic opisom w stylu z widokiem na morze. Bo po przybyciu na wyspe mozna sie bardzo zdziwic. Nie ma tu typowych sieciowek, hotele sa niewielkie i bardzo przyjemne... ogolnie nie ma chyba budynkow wyzszych jak trzy pietra. Z tym, ze pare nowych kompleksow hotelowych polozonych jest na trasie do Firy. Wygladaja naprawde przyjemnie i na pewno maja lepszy standard niz wiele starszych obiektow. Wszystkie maja basen i widok na morze... i tu wlasnie jest pies pogrzebany. Decydujac sie na taki hotel musimy miec na uwadze, ze trzeba bedzie korzystac z autobusow, bo na piechote to sie nigdzie nie dojdzie. Chyba, ze ktos sobie wynajmie wlasne cztery lub dwa kolka na czas urlopu. Jest wiele hoteli, apartamentow polozonych w malych miasteczkach posrodku wyspy, dlatego warto dokladnie sprawdzic gdzie sie nasz hotel znajduje.


Ja wybralam hotel w miejscowosci Perissa. Co prawda byly to 4* ale (nie czepiajac sie) nad paroma szczegolami mogliby popracowac. Z tym, ze Grecy maja bardzo luzne podjescie do zycia i wyznaja zasade "przewrocilo sie, niech lezy". Obiekt sam w sobie wygladal dokladnie tak jak oczekiwalam, mial dwa baseny... co prawda niewielkie ale prawde mowiac przed wejsciem mialam plaze, wiec byly wystarczajace. Podstawa, ze bylo czysto i pracownicy byli bardzo mili i gotowi do pomocy.


Wiekszosc hoteli jest w podobnym stylu, szczegolnie tych przy plazy. Z tym, ze naleza one przez to do tych drozszych. Zarowno w tej miejscowosci jak i w Kamari spokojnie mozna wybrac hotel polozony w glebi miejscowosci, nie sa to duze odleglosci i 5-cio minutowy spacer na plaze tez mozna przezyc ;)


Pokoje sa prosto ale funkcjonalnie urzadzone. Musze przyznac, ze spalam tam jak susel. Mamy do dyspozycji lodowke, klima tez byla a w lazience suszarka... czyli pod tym wzgledem spelnione byly wymogi klasy hotelu. Czasami bylo widac zuzycie obiektu ale w koncu przy takim ruchu, wiekszosc obiektow w miasteczku byla calkowicie oblozona mimo, ze bylam we wrzesniu (glowny sezon konczy sie 15.09.). Z takich drobnych informacji... woda z kranu nie nadaje sie do picia i papier toaletowy laduje w koszu, ktory stoi w lazience a nie wrzucamy go do klopa. Drobnostka ale czasami upierdliwa, bo kto sie w takim momencie zastanawia co robi ;)


Na zdjeciu ponizej mamy kasek hotelowej plazy. W Perissie plaza jest czarna ale piaszczysta. 
Ruch na plazy byl niewielki, idealne warunki do relaksu. W sierpniu na pewno jest wiecej osob ale przez to, ze parasole i lezaki sa platne, to i tak nie ma tloku. W Kamari bylo bardziej ciasno... i te wszystkie plazowe sprzety staly tam gesciej, wiec jak ktos ceni sobie spokoj to naprawde polecam Perisse.



Hotelowa plaza. Zestaw parasol plus dwa lezaki to 8€ za dzien. Napoje i drobne przekaski mozna bylo zamowic u pana, ktory kasowal za lezaki i przynoszono nam je pod nos. Co czasami bywalo praktyczne... czarny piasek w pelnym sloncu zamienia sie w patelnie rozgrzana do czerwonosci. Dlatego dobrze tez jak sie ma ze soba odpowiednie obuwie plazowe, co tez uwiatwia nam korzystanie z plaz kamienistych.



Dla mnie parasol to obowiazkowe wyposazenie plazy, ja spedzam czas w cieniu hehe... lata kiedys prazylam sie jak skwarka w pelnym sloncu mam juz za soba. We wrzesniu temperatury byly calkiem znosne. Z tym, ze w ciagu dnia bylo to powyzej 30 stopni.


Osobna historia to oczywiscie greckie koty. Mi trafila sie od razu cala rodzina. Matka z czterema maluchami... ktore na poczatku byly nieufne a pod koniec wlazily mi na kolana i spaly na balkonowym krzesle. Ta rozkoszne stworzenia, ze jakbym mogla to wszystkie cztery bym zabrala do domu ;) ... ale przynajmniej wiem, ze im tam dobrze. Marznac nie musza i zawsze sie znajdzie dobra dusza co da cos jesc. Moze nie koniecznie dwa razy dziennie puszki i inne przysmaki ale co zrobic... u mnie mialy all inclusive.


To tyle slowem wstepu. Co warto zobaczyc, jak sie po wyspie poruszac, gdzie zjesc opisze w kolejnych postach. Jezeli ktos ma pytania to odpowiem w komentarzach.

niedziela, 28 września 2014

It-Lash... czyli rzesy jak firanki ;)


Kolekcja Dior Addict It pojawila sie juz jakis czas temu ale ja wtedy mialam inne tusze pootwierane i moja milosc do Dior Iconic Overcurl kwitnie, wiec nie bylam specjalnie zainteresowana. Pomyslalam sobie... nie zajac. Kiedys przyjdzie na niego czas. I jak widac przyszedl. Ogolnie zainteresowal mnie tylko tusz... pozostale produkty niekoniecznie.


Oczywiscie zdecydowalam sie na czarny kolor, kolorowe tusze podobaja mi sie ewentualnie u kogos... u mnie niekoniecznie. 9 ml to calkiem spora pojemnosc (Iconic Overcurl ma 10ml) ... tym bardziej porownujac do np. YSL z mizernymi 5 ml.


 Szczoteczka mnie na poczatku troche przerazala. Nie zawsze umiem sie obchodzic z takimi gumowymi jezowcami. A dziabanie sie tym w oko nie nalezy do przyjemnosci, do tego rujnuje calkowicie makijaz (o tak... zdazylo mi sie pare razy).


 Natomiast jak juz sie oswoilam (YSL tez mial taka), to dalsza wspolpraca przebiega calkiem przyjemnie. Tusz sam w sobie jest dosc rzadki ale na szczescie kremowy i na szczoteczce (jak widac na zdjeciu) mamy idealna ilosc, ktora pomaga mi uniknac wysmarowania nie tylko rzes ale i reszty oka.


 Bonusik ;)


Plusem tego typu szczoteczek jest to, ze pieknie rozdzielaja i czesza rzesy. Nie bylam tez pewna czy podjedzie mi konsystencja tego tuszu ale na szczescie nie mam zadnych problemow. Mimo, ze tusz nie dojrzewal to bardzo ladnie wyglada i bardzo jestem ciekawa jak bedzie sie zachowywal za jakis czas. W kazdym razie kuku mi nie robi... pieknie wyglada i dobrze trzyma sie na rzesach. Wyglada na to, ze sie polubimy. I oprocz Iconic Overcurl bedzie to drugi tusz marki Dior, ktory naprawde swietnie sobie radzi. Oby tak dalej :)




wtorek, 23 września 2014

Biotherm Blue Therapy serum i krem... moje wrazenia :)


 Dzis chcialam napisac pare slow na temat serii Blue Therapy firmy Biotherm. Jest to seria dla skory dojrzalej. Jakis czas temu pisalam, ze przestawilam sie na ich pielegnacje. Zaczelam od kremu pod slepia, o ktorym pisalam tutaj. Caly czas go uzywam i w dalszym ciagu sobie chwale, powoli zblizam sie do konca opakowania i pewnie kupie ponownie. Dla mnie to swietny krem na noc. 

Pozniej dokupilam kolejne produkty. Miedzy innymi ten zestaw. W jego sklad wchodzi pelnowymiarowe serum a takze woda micelarna i krem na dzien.


 Wg producenta: redukcja widocznych oznak starzenia: zmarszczki, przebarwienia, utrata jędrności.Odkryj wygląd młodej skóry: zmarszczki stają się wygładzone, kontury twarzy są bardziej wyraziste, przebarwienia są zredukowane, zostaje zapewniona ochrona przed oznakami przyspieszonego starzenia spowodowanego promieniami UVA/UVB.

Algi zawarte w serum:
  • niebiesko - zielona mikroalga AFA o właściwościach regenerujących, 
  • złocista Laminaria ochroleuca o właściwościach ujędrniających, 
  • czysty plankton termalny o właściwościach wzmacniających i łagodzących, o dużej zawartości cennych składników dla skóry.


 50 ml serum zamkniete w szlanej buteleczce z pipeta. Osobiscie wolalabym pompke, bo watpie zeby mi sie udala ta pipetka wygrzebac wszystko z opakowania a przez to, ze jest ono nieprzezroczyste, to wlasciwie nie wiadomo ile tego tam jeszcze w srodku jest. No coz... jak bedzie tak daleko, to bedziemy trzepac :P


 Serum okreslone jest jako bezbarwne... ja widze zlote drobinki w perlowej zawiesinie, przez co wyglada ono troche zoltawo. Jest bardzo wydajne, uzywam od dwoch albo trzech miesiecy i jak potrzasne, to mam wrazenie, ze jeszcze jest calkiem sporo (co nie zmienia faktu, ze ktoregos dnia moge sie zdziwic jak dobije dna). Jezeli chodzi o zapach... to dla mnie jest taki morski ale na pewno nie smierdzi na algi. Co to to nie... ja nie cierpie alg, co uniemozliwia mi uzywania roznych maseczek. Natomiast ten zapach bardzo lubie, choc moglby byc troche bardziej delikatny. 

Moja skora lubi ten produkt. Uzywam na noc pod krem z innej serii ale tej samej firmy i tez nie ma problemu. Wiadomo serum ma za zadanie wzmacniach dzialanie kremu.


 Miniaturke micela zabralam ze soba na urlop. I o ile lubie micelowa pianke do mycia twarzy, tak ten produkt mnie nie przekonal. Nie robilam sobie specjalnie makijazu ale uzywalam wodoodporne produkty podklad, kompakt i tusz. Pomijajac, ze micel ten ma ten paskudny posmak (jak jest to w przypadku Biodermy), to tak srednio sobie radzil z usuwaniem tego co mialam na twarzy. Zuzylam bo byl ale potem z ulga wrocilam do mojego LRP Effaclar.


 Moj kremik jest do cery normalnej i mieszanej. Szklane opakowanie dodatkowo zabezpieczone plastikowym zamknieciem. Zapach ma identyczny jak serum. Jest to krem na dzien. Zawiera SPF 15.


 Tu chcialabym wspomniec jeszcze o jednej kwestii. Bardzo czesto widze takie teksty zarowno na wizazu, jak i innych portalach... o blogach nie wspominajac. To, ze komus krem nie sluzy. I nie chodzi mi o to, ze robi kuku. Bo to znaczy, ze cos jest w nim co nam nie sluzy ale czesto widze kremy zle dobrane (do wieku, cery i zapotrzebowania) i okreslenia potem produktu jako bubla. No witki mi opadaja. Jak mozna po zuzyciu niecalej polowy opakowania zarzucic mu, ze nie dziala. HE?! To krem a nie chirurg plastyczny. Wymagac od niego natychmiastowej poprawy i wygladzenia zmarszczek to lekka hmmm... nie bede pisac, bo nie chce byc niegrzeczna ;). Na pewne zmiany zaden krem nie pomoze i sztuka w tym, zeby znalezc te wlasciwie i potem je uzywac systematycznie. Czesto wychodzac poza jedno opakowanie. A nie oczekiwac cudow i pisac bzdur. Jezeli krem po skorze jezdzi i sie roluje, to moze jest za bogaty lub zawiera skladniki, ktore akurat nie za dobrze z nami wspolpracuja. Co nie znaczy, ze produkt jest do bani. I tu nie chodzi o ta czy inna firme, to tak przy tworzeniu tego posta po raz kolejny spotkalam w sieci i postanowialm o tym wspomniec. Nalezy z glowa dobierac pielegnacje i pewnie jest to dluga droga przez meki, tez wiele razy sie potknelam... i kiedys w koncu uda nam sie trafic na produkty, ktore nasza skora polubi.


 Wracajac do kremu, bo sie rozpisalam ale wiadomo czasami czlowiek musi, bo inaczej sie udusi. Krem ma lekka ale przy tym dosc tresciwa konstystencje i lekko bezowe zabarwienie.


U mnie bardzo ladnie sie wchlania i bedzie to idealny krem na zime, bo na lato to jest on mimo wszystko za "mocny". Pozostawia u mnie przyjemna w dotyku i gladka skore. Dobrze odzywiona i nawilzona. O ile latem chetnie siegalam po lekkie serum Vichy (pisalam o nim ostatnio) ... tak calkiem mozliwe, ze na zime zaopatrze sie w ten kremik. Na chlodne i mrozne dni powienien sie dobrze sprawowac. Krzywdy mi w kazdym razie nie robi i ogolnie potwierdzil moje odczucia, ze ta seria jest jak najbardziej dla mnie i jak na razie jestem bardzo zadowolona.


***

Zauwazylam jeszcze, ze rewelacyjnie sluza mi produkty, ktore maja dosc kiepskie opinie w sieci... a te wychwalane kompletnie ze mna nie wspolpracuja. Ciekawa jestem dlaczego hehe...

Ogolnie i o tym juz kiedys pisalam, na stan i wyglad naszej skory pracujemy przez lata. Im wczesniej sie zacznie tym lepiej. I nie wazne jaka to firma ale to, zeby pasowaly i dawaly skorze to co aktualnie potrzebuje. Potrzeba do tego cierpliwosci i systematycznosci a kiedys w przyszlosci sie nam to zwroci ale cudow nie ma...


niedziela, 21 września 2014

wcale nie taki niewinny ;)


 Bo w sumie to niezly z niego kusiciel. I nawet sie nie zastanawialam nad faktem, ze bedzie to kolejny roz w mojej kolekcji. Mowa oczywiscie o Chanel Joues Contraste w odcieniu 160 Innocence.


 Opakowanie klasyczne, proste... czarne jak dla mnie idealne. Pudernicza z lusterkiem i pedzelkiem zawiera 4g produktu. Z jednej strony wydawaloby sie, ze to nie jest duzo ale z drugiej... te roze sa nie do zuzycia.


 Kolor po prostu moj... w 100%. Choc ma duzo wspolnego z 60 Rose Temptation, to kazdy z tych rozy jest inny. Te jasne pedzelki sa calkiem w porzadku, choc ja i tak praktycznie z nich nie korzystam.


W opakowanie widac migoczace drobinki, ktore w magiczny sposob znikaja po nalozeniu na twarz ;) ... wiec nie trzeba sie ich obawiac. Mamy tu tez ten cudny, typowy dla chanelowych rozy zapach, ja go w kazdym badz razie uwielbiam.


 W dotyku rozni sie od starszych braci. Niesamowicie drobno zmielony i miekki. Bardzo dobrze napigmentowany. To w sumie pierwszy roz tej firmy, gdzie musze uwazac, zeby za duzo nie nalozyc. Choc ogolnie pieknie sie rozciera i stapia ze skora.


 Na ponizszym swatchu widac, ze kolor jest dosc intensywny. To taki typowy rozany brudasek.


Innocence byl czescia limitowanej kolekcji ale ogolnie mozna go u mnie jeszcze znalezc, wiec jak ktos sie zastanawial ale nie kupil, to zawsze moze to nadrobic, bo ja uwazam, ze naprawde warto :)

***

Tak tak... postanowilam powrocic bo ilez mozna sie lenic. Urlop sie juz dawno skonczyl, od wtorku walcze z szara rzeczywistoscia hehe... I tak sobie dzis pomyslalam, ze wystarczy tego milczenia, mam tyle roznych rzeczy do pokazania, ze potem znowu sie pogubie. Oczywiscie chcialabym tez przygotowac pare postow informacyjnych na temat Santorini ale to na pewno troche potrwa :P

Buziam robaczki i milej reszty niedzieli 
:*


wtorek, 2 września 2014

na kazdego przychodzi pora...

zrodlo: internet

... takze na telesfora ;)


Urlop.

Ten wlasciwy, najwazniejszy i dlugo wyczekiwany. Yeahhh...


Do zobaczenia robaczki :* 


 Gdzie mnie mozna znalezc jak mnie nie ma,
to tez juz chyba wszyscy wiedza ;) 

poniedziałek, 1 września 2014

blyszczydlo od Burberry


 To jest moj pierwszy i jedyny blyszczyk tej firmy. Kupilam je juz dosc dawno temu, wtedy jeszcze nie bylo Burberry w dougim online i w zakupach pomogla mi Maja (:*). Blyszczyczlo lezalo i cierpliwie czekalo na swoja kolej, bo mimo wszystko (tzn. mimo dosc duzego stanu posiadania), staram sie nie otwierac wszystkiego natychmiast, bo nie moglabym tego zuzyc a blyszczyki to jeden z tych produktow, ktory potrafi sie dosc szybko zepsuc.


 Opakowanie jest proste, klasyczne... na zakretce typowa burberrkowa kratka. 
Pojemnosc calkiem spora, mamy tu 6 ml.


 Kolor to brudny, dosc neutraly roz. Na moich jasnych ustach wypada dosc nudkowo. Jest to odcien 01 Rosewood. Pacynka standardowa, przyjemna w uzyciu.


 Blyszczyk sie nie klei i nie zawiera zadnych drobinek. Zapach ma owszem ale trudno mi powiedziec co to jest... troche slodko, bardzo podobnie jak podklad, wiec mozliwe, ze jest to typowy zapach w przypadku produktow tej firmy. Mi on nie przeszkadza, na ustach pozniej sie go nie czuje.


 Mimo wszystko pieknie, naturalnie podkresla usta... dajac cudna talfe.


 Wiadomo trwalosc to rzecz wzgledna. U jednych bedzie sie trzymal lepiej u innych gorzej. Blyszczyki, ktore sie nie kleja nie maja tez szalonej trwalosci... w koncu cos za cos ;)


 Bonusik ;)


Bardzo go lubie, wiec calkiem mozliwe, ze kiedys zawita u mnie jeszcze jakis inny kolor :)