środa, 30 kwietnia 2014

Laquer Gloss od Shiseido :)

 Razem z korektorem kupilam wtedy wiosenna nowosc czyli Laquer Gloss. Czesc z was moze pamieta, ze lakiery Shiseido sa moimi ulubionymi i kolor ktory namietnie uzywam pokazalam wam dosc dawno temu tutaj. O ile tamte sa kompletnie bezdrobinkowe, tak te maja mikroskopijne drobinki, ktore daja piekny efekt ale w sumie ani ich nie czuc na ustach ani nie widac "brokatu".


 Uwielbiam te produkty za to jak wygladaja i za to jak swietnie pielegnuja przy tym usta.


Opakowanie jest troszke inne i wieksze jak w przypadku Laquer Rouge (6ml) ... tutaj mamy 7,5 ml i czesciowo przezroczyste opakowanie. Ulatwia to sprawde w przypadku posiadania paru kolorow, bo kto pamieta te ich numerki.


Tak... na opakowaniu typowo tylko numer, nazwy mozna znalezc tylko w sieci na stronach sklepow online. Do wyboru mamy 8 odcieni, ja zdecydowalam sie na bezpiecznego nudziaka BE102 Debut.

 Na ponizszym zdjeciu dobrze widoczne sa zlote minidrobinki zatopione w blyszczyku.


 Kolor okreslilabym jako brudny roz idacy ale przez te drobinki wyglada on cieplo.


 Na pewno tez na roznych odcienach ust, roznie bedzie sie prezentowal. 
Na moich jasnych wyglada jak typowy nudziak.


 Kolor mimo, ze delikatny to calkiem dobrze kryjacy. Uwielbiam ten polysk i to jak sie prezentuje. Efekt jest bardzo naturalny. Trwalosc wiadomo rozna, w zaleznosci od tego jak kto szybko zjada produkty do ust. U mnie  roznie z tym bywa ale nawet gdy zjemy w koncu kolor, to pozostaje delikatna pielegnujaca warstwa, ktora nie pozwala ustom wyschnac.


 Bardzo chetnie po niego siegam i moze skusze sie jeszcze na jakis kolor.

sobota, 26 kwietnia 2014

mleczko pilingujace GlySkinCare :)


 Naczytalam sie opisow tego mleczka, poogladalam online i stwierdzilam, ze tez bym chciala sprobowac. Oczywiscie dostepnosc na terenie Niemiec zerowa ale tu z pomoca przyszla mi CandyKiller... dzieki Ci dobra kobieto :*


Akurat w promocji byly zestawy z kremem (dlugotrwale nawilzajacym), 
wiec nie zaglebiajac sie w temat, wzielam zestaw. 


W buteleczce z praktyczna pompka mamy 100 ml mleczka. Nalezy pamietac, ze zawiera ona 10% kwas glikolowy, wiec mimo wszystko do takich preparatow nalezy podchodzic ostroznie. Szczegolnie jezeli ma sie wrazliwa lub delikatna skore. Mleczko uzywamy na noc a na dzien porzadny krem z filtrem. Bo zamiast pozbyc sie przebarwien, to zafundujemy sobie nowe. Zawsze mozemy zaczac od 5% stezenia ale ja jestem gruboskorna i wiedzialam, ze moge spokojnie siegnac po wieksze. Produkt przeznaczony jest do skory normalnej i tlustej. Ma zluszczac martwy naskorek, splycac zmarszczki i rozjasniac przebarwienia (sloneczne, tradzikowe, hormonalne).


 Uzywam od tygodnia i jak na razie jestem zadowolona. Spokojnie moge uzywac na cala twarz  i na cala noc... prawde mowiac w ogole nie ma u mnie tego mega luszczenia, tak zeby mi skora schodzila platami. Nakladam na oczyszczona twarz trzy pompki i jest to wystarczajaco, w koncu nie ma mi to po twarzy splywac ale ostrzezona, ze bede oblazic... czekalam i czekalam... a tu nic. Owszem widze drobne zmiany na plus, choc moja skore i tak poprawil Skinoren, wiec ten produkt nie mial specjalnie trudnego zadania ale myslalam, ze w koncu cos mnie porzadnie zluszczy. Bo do tej pory nie udalo sie to zadnego ogolnie dostepnemu produktowi. Myslalam, ze to moze faktycznie bedzie mialo kopa. A tu trudno mowic o kopniaczku. Poczekamy... moze dluzsze i regularne uzywanie przyniesie oczekiwane efekty. To co stwierdzilam... to to, ze moja skora "wciaga" wszelkie kremy i nawilzacze jakby miala kaca. Ostatnio zrobilam sobie jedna noc przerwe i nalozylam olej kokosowy. Wczesniej zanim zaczelam uzywac to mleczko, widac bylo rano, ze mialam nalozony olej. Skora wtedy ma lekki polysk. Teraz skora go wsysa, rano jest swietnie nawilzona i odzywiona ale wyglada jakby byla matowa ;)

Ogolnie chyba sie polubilismy i ciekawa jestem jakie beda wrazenia po zuzyciu calego oapakowania.


Natomiast krem... ja naprawde nie wiem co to ma byc. I kompletnie tego nie rozumiem a jeszcze mniej rozumiem te wszystkie zachwycone recenzje. Przez przypadek czytajac co tam na opakowaniach jest napisane, oko zawisnelo mi na skladzie. Ja sie tam specjalnie nie czepiam i nie analizuje, czasami sobie popatrze z czystej ciekawosci co tam w srodku mamy ale nie ma to jakiegos naprawde duzego wplywu. Jednak wymagam, zeby w srodku bylo cos wiecej jak konserwantny i wypelniacze. Ten krem to jakas pomylka i prawde mowiac nie wiem do czego moglabym go uzywac, bo na pewno nie do twarzy. 

Sklad kremu: Purified Water, Petrolatum, Mineral Oil, Cetearyl Alcohol, Propylene Glycol, Sodium Laureth Sulfate, Methylparaben, Propylparaben, Isopropyl Palmitate, Imidazolidinyl Urea, Phenoxyethanol, Alcohol, Diazolidinyl Urea, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract.

W skrocie dla niewprawionych w skladowej chinszczyznie: woda, parafina, oleje mineralne, emulgator ktory owszem "wygladza" ale zaden to cudowny skladnik, dalej mamy Propylene Glycol uzyskiwany z olejow mineralnych i sluzy jaki "zmiekczacz" i jest w sumie konserwantem, dalej SLS ktorego obecnosc tutaj nie potrafie sobie wytlumaczyc... chyba, ze do towarzystwa pozostalym koszmarkom, dalej mamy dwa konserwanty i kolejny na liscie  jest Isopropyl Palmitate daje poslizg i sztuczne nawilzenie, Imidazolidinyl-Urea i Phenoxyethanol to znowu konserwanty, potem mamy alkohol, Diazolidinyl Urea czyli jeszcze jeden konserwant... i na koncu mamy TADAM... ekstrat z cytryny :] WTF ?! O.o

czwartek, 24 kwietnia 2014

Maestro... podklad Giorgio Armani z bliska :)

Podklad Maestro Fusion kupilam juz jakis czas temu, wlasciwie mial byc Lasting Silk UV, ktory kiedys juz testowalam i niesamowicie mi sie spodobal ale jak to u srok bywa, w sklepie wpadl mi w oko Maestro i zabralam go do domu. Czekal na swoja kolej, bo wydawalo mi sie, ze lepiej bedzie sobie radzil wiosna i latem. A poniewaz dobijam do konca dwa podklady, ktore do tej pory uzywalam, to stwierdzilam, ze czas sie zabrac za armanka. 


Wg producenta: Nowy wymiar spojrzenia na podkład i jego zadania. Fusion ma być niemal niewidoczny na skórze i idealnie do niej dopasowany. Ultra cienka warstwa ma wydobyć naturalne piękno i blask skóry. Fusion udoskonala naszą cerę. Nawilża przy jednoczesnym braku uczucia ciężkości. Jest rekomendowany do każdego typu cery. Nowatorstwo formuły to brak wypełniaczy i obecność pielęgnujących olei. Aplikacja ma być jeszcze bardziej precyzyjna dzięki kroplomierzowi.Podkład występuje w ośmiu odcieniach.


Szklana buteleczka z 30 ml podkladu i idiotyczna pipetka. Naprawde nie wiem, co mial autor na mysli... pewnie to byl facet, bo zadna kobieta znajac wygode pompki, nie zdecydowalaby sie na takie rozwiazanie.


Zdecydowalam sie na odcien 5.5 takie sam jak w przypadku Lasting Silk Compact, ktory pokazywalam wam tutaj.


Hmmm... aplikacja pozostawia wiele do zyczenia. Ja co prawda nakladam podklad pedzlem albo jajem, wiec dla mnie to pol biedy. Wycisne pare kropli na reke i jest w porzadku. Natomiast nie wiem jak to bedzie dy podklad bedzie sie zblizal do konca, jakos trudno mi to sobie wyobrazic, zebym mogla ta pipetka wyssac go porzadnie z opakowania. No nic... poczekamy zobaczymy.


Natomiast podklad sam w sobie jest dla mnie idealny. Kocham, uwielbiam i jestem w staniu wybaczyc to kretynskie opakowanie. Dla przypomnienia jestem mieszancem i wydaje mi sie, ze to moze byc wlasnie podklad dla mieszancow... bo ani Urbi (tlusta cera) ani Marti (sucharek) nie byly z niego zadowolone. Owszem krycie ma male ale jak wiadomo mi to nie przeszkadza, bo od tego mam korektory. Podklad jest dosc plynny ale bardzo dobrze rozprowadza sie na skorze i faktycznie po chwili calkowicie sie z nia stapia, stajac sie niewidoczny. Pieknie wyrownal kolor, nic nie podkreslil co chcialabym ukryc, wyglada bardzo naturalnie i trzyma sie przez wiele godzin bez zmian. Kolor ktory mam wpada w zolty i teraz wlasnie taki mi pasuje, rozowe odcienie zostawie na zime. Nawet jak zlapie jeszcze troche koloru, to dalej powinien mi pasowac.


Bonusik ;) ... zdjecie strzelone kotletem ale i tak widac,
 ze podklad lezy tak jak powinien :)


Z tego co widze jest to podklad, ktory albo sie bedzie kochac albo nienawidzic. Dlatego wydaje mi sie, ze przed kupieniem pelnego opakowania lepiej poprosic o probke, zeby potem nie pluc sobie w brode bo cena podkladu jest dosc wysoka. Ja aktualnie zastanawiam sie nad dokupieniem Armani Maestro Eraser Concealer :)


wtorek, 22 kwietnia 2014

niekosmetycznie w obrazkach... weekendowy wypad w Alpy cz.II :)


Korzystajac z okazji, ze nowy sprzet ciagle w drodze, dzis mam dla was drugi i ostatni post z kwietniowej wyprawy w gory (czesc I). Tym razem wiecej czasu spedzilismy nie na Zugspitze ale wlasnie na jej mniejszej siostrze Alpspitze 2628m.


Wjazd i oczywiscie zjazd to koszt 25€ od osoby. Z tym, ze moza juz bezplatnie skorzystac z kolejki, ktora znajduje sie miedzy Osterfeldkopf a dolina Kreuzeck. To jest idealne miejsce dla tych co lubia lazic po gorach.


O ile na dole bylo prawie 20 stopni i wszystko sie zieleni, tak u gory jest jeszcze sporo sniegu, choc na pewno mniej jak na Zugspitze.


Prawde mowiac mogla bym tam siedziec caly dzien i sluchac ciszy. Poniewaz byl to srodek tygodnia i przed feriami, to w sumie niewiele osob spotkalismy przez caly dzien. Ewentualnie w poblizu restauracji, bo tam sie wczesniej czy pozniej laduje. Gorskie powietrze zaostrza apetyt.


I tak sobie siedzielismy na skalkach, grzejac sie w sloncu jak jaszczurki. Uwielbiam ten klimat... temperatura ledwo co przekraczala 0 stopni ale w sloncu jest tak cudownie cieplo ale czlowiek sie nie topi, bo powietrze jest calkiem rzeskie.
 Kolejna atrakcja jest Alpspix, ktory otwarto w 2010 roku. Sa to dwie platformy widokowe, ktore wychodza 30 metrow poza skale, na ktorej sa przymocowane. Jak widac na ponizszym zdjeciu idzie sie po kratce z niesamowitym widokiem... 1000 metrow w dol. Czyli zdecydowanie nic dla osob z lekiem wysokosci, choc takie przewaznie ogolnie omijaja gory ;)
 Widoki sa niesamowite, szczegolnie jak sie ma szczescie i trafi sie dobra widocznosc. 


 A jak juz sie polata po gorkach, chwilami po kolana w sniegu... to trzeba cos przekasic i nabrac sily na dalsze brykanie. Praktycznie na kazdym szczycie mamy knajpy. Tym razem tez nie moglo zabraknac bialego metnego i oczwiscie strudla jablkowego.


Pozniej zjechalismy w doline i zaliczylismy kolejny, dosc dlugi spacer powiedzmy w poziomie, czyli taki niewymagajacy wdrapywania sie hehe... zeby na koniec zjechac na dol kolejka, ktora znajduje sie kilkadziesiat metrow dalej jak ta ktora wjechalismy na gore ale w sumie obie maja wspolny parking.


Samo Garmisch - Partenkirchen jest bardzo ciekawym miejscem. Jakos calosc w ogole nie jest miastem (mimo 26.000 mieszkancow) ... bardzo upraszczajac jest to spolecznosc i jest takich 13 na terenie Bawarii. Do Partenkirchen tym razem nie dotarlismy, choc jest to starsza czesc i ma wyjatkowo ladne centrum. Choc Garmisch tez jest warte zobaczenia. Ja bardzo lubie ta typowa dla rejonu zabudowe, wszystko dookola wyglada tak troche bajkowo.


Jezeli chodzi o jedzenie, to tez do wyboru do koloru. Nam najbardziej spodobala sie tradycyjna kanjpa z typowo bawarskim jedzeniem ale wlasciciel swietnie polaczyl tradycje z nowoczesnoscia.


Karta z daniami dla zaawansowanych, wszystko po opisane po bawarsku. Wystroj bardzo przyjemny i w moim stylu... i jedzenie po prostu przepyszne.


Moge wam tylko serdecznie polecic... bez wzgledu na to czy zatrzymacie sie w hotelu czy na kwaterach prywatnych, kazdy znajdzie cos dla siebie. Garmisch - Partenkirchen warto odwiedzic zarowno latem jak i zima (wiosna i jesienia)... pieknie jest tam o kazdej porze roku. 


sobota, 19 kwietnia 2014

co sroce w oko wpadlo...

 ... czyli pare nowosci, ktore wkrotce zawitaja na sklepowe polki. Co jakis czas robie przelot, bo wiadomo trzeba wiedziec co w trawie piszczy. Zadna szanujaca sie sroka nie powinna tego przegapic a czy potem cos kupic, to juz inna sprawa ale wiadomo... dobrze jest wiedziec ;)


Givenchy odswiezylo swoje pryzmy. Ja sypane pryzmy lubie, ciagle uzywam opakowanie ktore mam i konca nie widac. Z tym, ze tym razem nie zainteresowaly mnie kolorowe, tylko przedstawiony na ponizszym zdjeciu Poudre Premiere. Transparentny puder fixujacy... ja mam do takich slabosc.

Czy w sypancach cos sie zmienilo oprocz opakowania to sie okaze. 

 Jak co roku mozemy cieszyc nasze slepia kolejnymi wcieleniami Terracoty Guerlain. O ile sa piekne i chcialoby sie chocby dla samego opakowania, to mi osobiscie jeszcze zadna terracota nie pasowala koloroystycznie i jak patrze na te nowe to tez watpie zeby mi bylo w nich dobrze... ale moze tak i lepiej ;)


Dior na lato jak zwykle dosc kiepski ale ten roz mi sie spodobal, 
mozliwe ze jak dorwe to pomacam.

 Chanel tez mnie nie porwal ale na widok tych blyszczykow zaliczylam opad szczeki i chce wszystkie. No dobrze... drugi od gory moge sobie darowac, bo podobny juz mam. Absolutnie ubostwiam te bezdrobinkowe zelki.

Na koniec mile zaskoczenie. YSL wypusci piateczki, ktore mi sie naprawde podobaja. I jak jeszcze jakosc i nasycenie beda mi odpowiadac, to moze sie na jakies skusze. Bo zestawienia kolorow sa bardzo moje :) ... to nie sa wszystkie jakie beda dostepne ale te co by mi najbardziej pasowaly.


Ciekawa jestem jakie te cienie beda... tylko perla czy mieszane, bo choc na zdjeciach wygladaja podejrzanie matowo, to takie na pewno nie beda :P


***

Ehhh... mam nadzieje, ze nowy sprzet dojdzie w przyszlym tygodniu. 
Bez aparatu to jak bez paru czesci ciala ;)


piątek, 18 kwietnia 2014

Organique Enzymatic Peeling & Herbal

Produkt ten uzywam juz od dluzszego czasu i tak sobie pomyslalam, ze w koncu cos moge o nim napisac. Tym bardziej, ze zdjecia juz mialam a na razie nie mam innego wyjscia, jak korzystac z "zaplecza".


Organique Enzymatic Peeling & Herbal to kolejny ze smakolykow, ktore zamowilam u Marti. Bardzo mnie wtedy zainteresowal a ze ogolnie przestawilam sie na peelingi enzymatyczne, to nie moglam sobie odmowic.


 Wg producenta: Peeling enzymatyczny, przeznaczony do każdego typu cery, nawet wrażliwej i alergicznej, wykorzystujący doskonałe właściwości eksfoliujące enzymów z owoców papai i ananasa. Jego działanie złuszczające wzmocnione przez zostało przez koktajl kwasów owocowych o niewielkim stężeniu. W trakcie zabiegu kaolin wnika w pory skóry i oczyszcza je z nadmiaru sebum i zanieczyszczeń. Połączenie tych surowców w jednym preparacie zapewnia delikatne, a zarazem optymalne oczyszczenie. Odpowiednią ochronę skóry gwarantują ekstrakty ziołowe z krwawnika, prawoślazu i melisy, łagodzą i zapobiegają podrażnieniom. Kompleks Regu®-cea pozyskiwany z ziaren jęczmienia wykazuje dużą skuteczność w walce z problemami skóry naczyniowej. Hamuje reakcje zapalne, redukuje zaczerwienienia i w znacznym stopniu przyczynia się do poprawy wyglądu skóry. Po zabiegu cera odzyskuje blask i jest doskonale przygotowana do dalszej aplikacji kosmetyków.


W typowym dla tej firmy opakowaniu mamy 100 ml produktu. Wyglada na to, ze jest bardzo wydajny. Uzywam i uzywam a nie widac zeby specjalnie ubywalo. Bardzo mi sie spodobal, uwielbiam moja skore po uzyciu tego peelingu. Jego konsystencja jest kremowa i delikatna, bardziej przypomina maseczke. Pozostawia swietnie oczyszczona skore, bez zadnych podrazenien... wiec faktycznie nawet osoby z delikatna skora powinny byc zadowolone. Jest jak dla mnie w sumie bez zapachu i cale szczescie. Nie cierpie jak mi cos co naloze na twarz smierdzi ale o tym juz wystarczajaco czesto wspominalam ;)


 Na oczyszczoną skórę nanieść niewielką ilość produktu, pozostawić na około 5 minut, następnie delikatnie przemasować skórę wilgotnymi dłońmi przez kolejne 5 minut.

Tak powinno sie go uzywac, aczkolwiek nie za bardzo mi to odpowiada. Bo naprawde stac i 5 minut masowac twarz, to cos dla szalenie cierpliwych osob. Ja po 5 minutach siegam po moja szczoteczke Olaz i tak tez to bardzo dobrze funkcjonuje. 


Pewnie jak mi sie kiedys skoczny, to dolaczy na liste produktow Organique, ktore kupie ponownie :)

środa, 16 kwietnia 2014

w koncu mam i ja...

 Od dzis mam nowego towarzysza. Czailam sie dobre dwa lata... w miedzyczasie wyszedl nowszy model a ja ciagle nie moglam sie zdecydowac. Przewaznie czytalam ebooki na ipadzie i ogolnie bylo calkiem w porzadku, tylko latem w bardzo jasnym swietle niebylo to juz takie proste ale przy odpowiednim sciemnieniu ekranu tez sie dalo. I pewnie dalej bym sie wahala ale zadecydowal przypadek. Przez ostatnie pare dni amazon obnizyl cene z 129€ na 99€ ... i tu juz nie mialam sie co opierac. 
Kundel sie kliknal ;)


 6 calowy (15 cm) Kindle Paperwhite zostal mi dzis dostarczony przez listonosza. 
I juz wiem, ze z tego bedzie wielka milosc.


 Cienki i lekki (206 gram) z miejscem na 1100 ebookow i nieograniczonym miejscem na amazonowym cloud. Bateria z wylaczonym WLAN ma wytrzymywac do 2 miesiecy.


 Czytnik Kindle jest dzieckiem koncernu Amazon, ktory u mnie jest dostepny i z ktorego korzystam juz wiele lat, nie tylko jezeli chodzi o zakup ksiazek.


 Jednak najczesciej kupuje tam ksiazki a od jakiegos czasu ebooki. Aktualnie dostepnych jest ponad 2 miliony niemieckojezycznych ksiazek. Dostepne sa tez ebooki w innych jezykach, z tego co pamietam widzialam tez cos po polsku ale to byly pojedyncze egzemplarze.


 Kupowac moge bezposrednio przez czytnik albo korzystajac ze strony, po zrobieniu aktualizacji mam je na obu urzadzeniach... na Kindlu i ipadzie. Sciagnelam tez juz na czytnik wszystkie ksiazki, ktore do tej pory kupilam.


 Amazon oferuje tez wszystko co tam jeszcze jest posiadaczom czytnika potrzebne (lub i nie jest potrzebne ale to kazdy w koncu sam wie). Ja co prawda zamowilam sobie na mojego kundla kondomik ale skorzystalam z ebay, bo amazonowe ceny w tym przypadku, byly lekko kosmiczne a wybor taki sobie.


Jak na razie jestem bardzo zadowolona z zakupu i mam nadzieje, ze tak zostanie. Pozytywnie ocenil go tego slubny, ktory na poczatku krecil nosem twierdzac, ze na pewno nie jest to wygodne urzadzenie. Udowodnilam mu, ze sie myli ;)

***

Z mniej przyjemnych informacji chcialam wam tylko napisac, ze moje lustro (a wlasciwie samo body bo obiektywy dzialaja) odmowilo wspolpracy, wiec chwilowo mam dostep tylko do tego co wczesniej napstrykalam. A ja przynajmniej bede miala wiecej czasu na czytanie :)