środa, 6 kwietnia 2016

...



niekosmetycznie w obrazkach... tajlandzkie plaze :)

Poniewaz plaze sa zawsze obiektem zainteresowania, rozumiem... kazdy ma inne priorytety jezeli chodzi o urlop... postanowilam pokazac pare tych tajlandzkich. Tym trudno odmowic uroku, choc wiadomo te najbardziej popularne oblepione sa turystami. Z tego co slyszalam teraz jeszcze bardziej niz te pare lat temu. Przy organizowanych wycieczkach radze unikac duzych grup i wybierac male... wybor jest naprawde spory. Na wyspy polozone blizej czasami lepiej wynajac takiego plywajacego tuk-tuka. W AoNang mozna bylo oficjalnie (nie zeby nam potem taki zwial i zostawil na wyspie) ... wykupic caly dzien i bylam transportowana tam gdzie chcialam. Pan byl mily i mial konska cierpliwosc. 

Ponizej na zdjeciu to chyba najbardziej znana plaza na Ko Phi Phi czyli Maya Bay. Tu na 100% beda milony ludzi. Ja bylam tam wczesnym rankiem, bylo jeszcze przyjemnie ale po jakims czasie pojawialo sie coraz wiecej statkow i potem mamy klimat jak w Miedzyzdrojach w sezonie. Plaza sama w sobie nie jest duza i jest poniekad atrakacja sama w sobie... tam nic innego nie ma, wiec te miliony ludzi placza sie potem w ta i z powrotem i zaleguja na piasku... czesc pewnie troche rozczarowana, bo oczekiwali kulisow jak na filmie. No coz... life is brutal.


Opcja dla lubiacych szybkosc to oczywiscie speedboot... ja takim wybralam sie miedzy innymi na Bamboo Island. Bajkowa okolica i praktycznie pusta plaza. Oprocz nas byla jeszcze jedna motorowka i pare tuk-tukow (oczywiscie te lodki nazywaja sie inaczej ale zaadoptowalam nazwe z pojazdow na kolkach... dla ulatwienia sobie zycia).
Tego typu wyspy to raj dla nurkujacych, snorklujacych, plazowiczow, milosnikow jasnego piaseczku i turkusowego morza. Cisza i spokoj... idealnie mozna naladowac baterie. Lagodne zejscie do krystalicznie czystej wody i praktycznie brak fal... mozna siedziec i ogladac muszelki ;)
Plaza z drobniutkim piaseczkiem, skalkami i drzewami na skraju dla tych co im bedzie za duzo slonca. Na wyspie nie ma resortow ani hoteli... nie ma tez zadnych dodatkowych szalonych atrakcji ale sama w sobie warta jest odwiedzenia, chocby dla tych widokow.


Prawde mowiac nie pamietam juz wszystkich wysp ktore odwiedzilam (m.in. Tup, Chicken, Poda) ale naprawde w rejonie Krabi/AoNang jest tego sporo. Bralismy paroosobowe wycieczki albo przy plazy wykupowalismy przewozy na ktoras z okolicznych. Mozna przez dwa tygodnie codziennie na innej plazy siedziec i wiekszosc z nich jest cudna.
Takie plaze mozna w sumie spotkac wszedzie i wiekszosc z nich jest pusta... natur pur. Tu nie ma co liczyc na lezaczki i parasole ale nie ma tez natretnych masazystow czy innych sprzedawcow pierdol, ktorych swiat nie potrzebuje.

    Wiele plaz pojawia sie dopiero w momencie odplywu, tak jak ma to miejsce przy wyspie Tup. O ile plaze sa cudne i woda czysciutka, to w wodzie sezonowo sa dosc wredne male meduzy, ktore potrafia wywolac uczulenie. Tak trafilo slubnego... nie sa jakos bardzo grozne ale wiadomo, kto lubi swedzaca wysypke.
Wiekszosc wycieczek na w swojej ofercie lunch dla gosci i pod dostatkiem wody do picia, wiec o to nie trzeba sie martwic. Nikomu nie grozi smierc glodowa na jednej z bezludnych wysp ;). Czesto maja tez maski i pletwy, wiec mozna sobie poogladac podwodny swiat, ktory tu jest wyjatkowo piekny i latwo dostepny... bez schodzenia w glab. Wiele wysp ma zatoczki z cudna szmaragdowa woda.
Na obu powyzszych zdjeciach i na ponizszym to jest juz plaza (w trakcie przyplywu) w okolicy AoNang... i widok na wode z Railay Beach.


 Z tym, ze jakby nie bylo i co juz wiele razy powtarzalam... szerokosc plazy zalezy od przyplywow i odplywow. To nie sa plaze czesane grzebyczkiem... to jest natura. Jezeli komus zalezy na kilkudziesieciu metrach wyczesanej plazy i lezaczkow w rzadku... to najlapiej jak pojedzie do np. Rimini albo Zlotych piaskow.


Im dluzej patrze na te zdjecia tym bardziej nie moge sie doczekac urlopu :)


niedziela, 27 marca 2016

O!MEGA LASH... pogrubiajacy tusz Marc Jacobs :)


Produkty kolorowe Marc Jacobs chodza po mnie juz od dosc dawna... zachwycalam sie tym co widzialam w sieci ale jakos odkladam to na pozniej, jak w koncu dojade do Polski. Co sie pewnie tak szybko nie wydarzy. Dlatego tez poprosilam pewna dobra dusze o przywiezienie mi paru produktow, na razie mam tusz do rzes i kredke do brwi. Kredka czeka na swoja kolej ale tusz oczywiscie musialam otworzyc i oczywiscie zaczelam uzywac.


 Uzywam go od trzech tygodni, wiec moge juz cos na jego temat powiedziec. Pamietam, ze kiedys mialam miniaturke jakiegos innego tuszu MJ i to byla totalna klapa. Wtedy wiele osob polecalo mi wlasnie ten. Nie bylabym soba gdybym go w koncu nie sprobowala. Samo opakowanie do mnie przemawia... czarne, proste. Po prostu klasyka, to co lubie najbardziej. Zawartosc to 7g.


 Kolor standardowo czarny. Choc mam jeden tusz z D&G w kolorze brazowym, to jednak zdecydowanie wole czarne. Bardzo lubie konsystencje, choc widzialam na insta pod zdjeciem, ze dla innych jest on za gesty... lub, ze szybko gestnieje. Zobaczymy, jak na razie nie mam problemu... jak dla mnie jest prawie idealny. Na poczatku mialam watpliwosci co do szczotki. Wole takie co maja rowno ulozone wloski, ta jest taka troche dzika ;)


Za to daje swietna objetosc. Wydluza tez dosc dobrze ale nie ma co ukrywac, moje rzesy sa aktualnie na etapie ich najlepszego wygladu (oczywiscie dzieki odzywkom) i mam nadzieje, ze jeszcze troche im sie urosnie. Jedyne co mi ten tusz robi, to wlasnie taki troche balagan ale to moze wlasnie to zwieksza ten efekt "objetosci".


Bonusik :)


Moim zdaniem jest to bardzo fajny tusz jezeli chodzi o nadanie objetosci ale nie jest to produkt z gatunku tych, co moge rano na pol slepo pacnac na rzesy i wiem, ze bedzie wygladac dobrze. Pod ten tusz musze rzesy troche przygotowac... podkrecic, baza a potem powoli nakladac... wyczesac, ulozyc. Z tym, ze potem wyglada swietnie i efekt utrzymuje sie caly dzien. Rzesy sa mieciutkie, w zaden sposob nie sa obciazone. Tusz sie nie sypie ale przy tej cenie to po prostu nie powienien. To wlasnie lubie w tuszach wysokolpolkowych... albo mi sluza albo nie ale same w sobie sa bardzo dobrej jakosci i praktycznie juz nie pamietam o problemach jakie mozna miec z tuszem. Nie oczekuje, ze kazdy mi podejdzie bez wzgledu na cene... ale wiadomo jak sie trafi na taki pasujacy, to po prostu pelnia szczescia. Czy kupie ponownie hmmm... chetnie (jak na razie) ale niestety mam bardzo utrudniony dostep. Na terenie Niemiec jak na razie nie ma kosmetykow kolorowych tej firmy. 

 

wtorek, 22 marca 2016

YSL Volupte Tint in Oil... moja nowa milosc ;)

 Tytul posta mowi dosc duzo hehe... z gory wiadomo, ze jestem oczarowana i bede sie zachwycac ale co zrobic. To zawsze lubilam w kosmetycznym swiecie, momenty gdy trafia sie na takie perelki i natychmiast chcialo by sie wszystkie. Kiedys w takich poszukiwaniach pomagaly inne blogi ale to juz niestety przeszlosc, wiec jak sie czlowiek sam o cos nie potknie w perfumerii to calkiem mozliwe, ze przegapi. Jak firma nie da, to sie w sieci praktycznie nigdzie nie pojawi ehhh... no coz. Blyszczyk ten jest w sprzedazy od poczatku zeszlego roku, kompletnie mi umknal i natknelam sie na niego przy ostatniej wizycie w dougim. Ogladalam w sumie zupelnie cos innego... Dior tez ma nowosci w blyszczykowym temacie i nawet ok ale jakos mnie nie porwaly. Zatrzymalam sie przy YSL... otworzylam... powachalam... maznelam po ustach... i przepadlam :)


 Urocze srocze opakowanie ;) ... blyszczyk dostepny jest w 8 kolorach, zawartosc to 6 ml. Zdecydowalam sie na jasny, dosc neutralny roz... I Rose You, ktory pieknie podkresla kolor ust ale nie zmienia go za bardzo. Czyli cos co lubie.


Sama idea bardzo mi podeszla. Wszystko co pielegnuje usta cieszy sie moim zainteresowaniem a jak do tego jeszcze bosko pachnie i rownie dobrze wyglada, to juz w ogole bajka. Aktualnie nie moge powiedziec nic zlego o tym produkcie. Moj pachnie dosc intensywnie melonem ale nie jest to zapach, ktory sie utrzymuje na ustach. I tak tez lepiej... intensywne zapachy zaraz przy nosie moglyby tylko wywolywac u niektorych bol glowy.  


 Blyszczydlo sie nie klei... kolejny plus a kolor utrzymuje sie dosc dlugo, nawet po tym jak zjem blysk. Jak widac na dloni moj kolor praktycznie nie ma sam w sobie koloru. Dopiero w kontakcie z ustami staje sie bardziej wyrazisty... bardziej to widac przy pozostalych kolorach, tych ktore od razu sa mocniejsze. Wydaje mi sie, ze kazda tu znajdzie cos dla siebie. Nawet osoby z ciemniejszymi ustami.


 Sama pacynka ma dosc fikusny ksztalt, wiadomo... spece od dizajnu tez musza cos robic. Jakby nie bylo spelnia swoje zadanie a w sumie o to tylko chodzi.


  Na swachtu u gory widac mikroskopijne drobinki, prawde mowiac sama zobaczylam je dopiero na tym zdjeciu. Na ustach mamy po prostu olejkowa blyszczyca tafle.


Bonusik ;) 


Wstepnie podsumowujac to same achy i ochy... zachwycil mnie na tyle, ze kliknal mi sie jeszcze jeden kolor. Moglabym ostroznie powiedziec, ze to prawie blyszczykowy ideal. Jak wiadomo ja nie lubie za bardzo podkreslac ust a YSL Volupte Tint in Oil daje mi dokladnie to co chce uzyskac. Moge postawic na piedestale zaraz obok feverkow, nigdy nie wybacze Lancome zaprzestania produkcji ale teraz na otarcie lez mam YSL. 



niedziela, 13 marca 2016

Zoeva Cool Spectrum z bliska :)


 Dzis bedzie wiecej obrazkow jak tekstu ale co tu duzo pisac ;) ... palety Zoevy pojawialy sie juz pare razy na blogu, na ta skusilam sie tylko dlatego, ze zawiera same chlodne kolory i jest bardzo uniwersalna. Zrobimy przy jej pomocy zarowno dzienny lekki makijaz, jak i mocny wieczorowy. Cienie jak to u Zoevy znajduja sie w tekturowym opakowaniu, tym razem jest to czarny mat... na ktorym niestety widac kazdy odcisk palca ale co zrobic ;)


 Cool Spectrum to paleta 15 cieni, kazdy ma po 15g. Mamy tu zarowno maty jak i cienie blyszczace. 
Bardzo mi sie podoba to zestawienie kolorow.


 Tym razem cienie nie maja nazw a numery. Cienie blyszczace sa bardziej kremowe, dobrze nasycone... dokladnie takie lubie. Maty jak to maty sa bardziej oporne we wspolpracy ale nasycenie tez maja calkiem przyjemne i nie znikaja z powieki przy rozcieraniu. Na bazie z Zoevy makijaz trzymal mi sie bez zarzutu wiele godzin.


 To jest dla mnie idealna trojka jezeli chodzi o kolory... az sie prosi zeby polaczyc je w makijazu.


Obie zielenie piekne... od razu sie na ich widok usmiechnelam.


 Fiolety sa zawsze mile widziane, choc te akurat sa dosc jasne... jeden moglby byc zdecydowanie ciemniejszy.


 Na koniec mamy brazy, beze... czyli odcieni, ktorych nie moze u mniue zabraknac a do tego odrobina zlota.


 Jedyny cien z ktorego tak troche trudniej cos wycisnac to CL150.


Machnelam takie bardzo delikatne oko na szybko, zebym wiedziala o czym pisze ;)


Na razie moge wam powiedziec, ze jakosciowo jest rownie dobra jak pozostale palety tej firmy. Przy okazji pobawie sie innymi kolorami i sprobuje zrobic mocniejsze oko, zobaczymy jak sie wtedy bedzie prezentowac. 
Oczywiscie w swojej ofercie Zoeva ma tez taka paletke z cieplymi odcieniami. 


sobota, 5 marca 2016

Dr.Brandt Ruby Crystal Retinol Hydracreme

 Czas napisac pare slow o tym kremie, bo w koncu zapomne zupelnie i zaginie w mrokach dziejow. Jakis czas temu szukalam dobrego kremu z retinolem i przekopywalam internet w poszukiwaniu informacji. Ogolnie mam wrazenie, ze my kobiety ciagle szukamy... tego lepszego, idealnego och i ach. I tak kierujac sie roznymi opiniami trafilam na krem dr.brandt ruby crystal retinol hydracreme. Z opisu mial wszystko czego potrzebowalam do szczescia. Nie podobala mi sie jedynie cena. Jak widac na nalepce na ostatnim zdjeciu regularna cena to byla 56,00 £ i mialam obawy, bo wiadomo jak nie podejdzie to przeciez nie zezre. Az w koncu trafilam na obnizki i udalo mi sie go kupic za okol 28,00 £


 Wg producenta: Formuła kosmetyku, opracowana w oparciu o mikrokryształy rubinu, powstała z inspiracji technologią laseru rubinowego, stosowaną w praktyce lekarskiej. Nowatorski rozświetlacz nie tylko odbija naturalne światło, ale zamienia je w korzystną energię, dodając cerze blasku. Mikrokryształy rubinu wchodzą w synergię z rozświetlaczami skóry i optycznymi dyfuzorami, pozostawiając perfekcyjnie promienną cerę, przywracając skórze świetlistość, niwelując przebarwienia oraz zmarszczki. Formuła Hydra-balance idealnie odżywia skórę.


 Opakowanie wygladem zblizone do tych azjatyckich. Jakbym nie wiedziala co to, to obstawialabym na bb krem ;). Plastikowe opakowanie z pompka, zabezpieczone bylo mala zatyczka. Zawartosc to 50g.


 Krem jest lekki szybko sie wchlania, tylko ja oczywiscie znowu mam problem z zapachem... dla mnie on smierdzi, bardzo podobnie jak niektore kosmetyki z REN. I kaplica. Nie potrafie uzywac kosmetykow, ktore mi nie podchodza zapachowo. Szczegolnie jezeli chodzi o twarz. To pewnie sa jakies bardzo natualne arotmaty, zielska jakies i cytrusowate ale ja po prostu nie moge.


 Sklad dla zainteresowanych :)


No coz... moje wrazenia sa bardzo mocno mieszane, bo pomijajac fakt, ze smrod mnie zabija... to mam wrazenie, ze mnie po nim wysypalo. Uzywalam jakis czas, naprawde mocno sie staralam ale nie moge wam zbyt wiele powiedziec na temat dzialania. Bo zadnych pozotywnych efektow nie stwierdzilam. I tak sobie stoi a ja sie zastanawiam co z nim zrobic i tylko sie ciesze, ze nie kupilam za pelna cene, bo jakby nie bylo jest to taki moj osobisty bubelek. 


poniedziałek, 29 lutego 2016

Sublime de Chanel mascara


 Jak do tej pory wszelkie podejscia do tuszy Chanel konczyly sie katastrofa. Jakis czas temu dostalam probke tego tuszu i o dziwo... bardzo mi sie spodobal efekt na rzesach. Co prawda mialam male obawy, bo juz raz tak bylo i to wlasnie z tuszem tej firmy... miniaturka byla super, pelnowymiarowy tusz zulpelnie sie nie sprawdzil. Poniewaz diorowy Iconic Overcurl przestal mi sluzyc, postanowilam zaryzykowac i jak czesc z was moze pamieta, kupilam przez pomylke zupelnie inny. Na szczescie okazal sie rownie rewelacyjny i zostal moim faworytem jezeli chodzi o wodoodporne tusze.  


W koncu z malym poslizgiem zawitala u mnie Sublime de Chanel w kolorze Deep Black 10, zdecydowalam sie na niewodoodpona wersje, w tej kategorii mam juz swojego faworyta jak juz wyzej pisalam.  Ogolnie dostepna w trzech kolorach w klasycznym czarnym opakowaniu u silikonowa szczoteczka. Zawartosc to 6 g. Wedlug producenta ma wydluzac i podkrecac nasze rzesy.


Moje rzesy sa z natury proste i nawet zalotka nie za bardzo potrafi je podwinac ale za to bardzo ladnie je wydluza. Tusz nie jest za rzadki, z tym ze u mnie i tak musi troche dojrzec. Szczoteczka jest bardzo wygodna w uzyciu i na rzesach laduje dokladnie tyle tuszu ile sobie powinno.


Bardzo mi sie podoba efekt na rzesach a moje do tego sa aktualnie na etapie wymiany, wiec wtedy sa wyjatkowo fanabaryjne i trudne do opanowania. Tak cos mi sie wydaje, ze tusze Chanel beda czesciej u mnie goscic... na razie te dwa sprawdzone ale teraz juz wiem, ze moge siegac po ich nowosci. Wiadomo, ze w przypadku tuszu wiele zalezy od stanu wyjsciowego rzes ale ciagle trafiam na takie, ktore za nic nie chca dobrze na moich rzesach wygladac, wiec jest to ciagle poszukiwanie tego idealnego. Bo jak widac w przypadku tego z Diora, ulubiony tez moze nagle przestac pasowac. 


czwartek, 25 lutego 2016

niekosmetycznie w obrazkach... Tajlandia milosc od pierwszego spotkania

 W Tajlandii po raz pierwszy bylam w 2008 roku. Jak tam lecialam to w sumie nie wiedzialam czego sie spodziewac. Plaze, palmy, slonie, dzungla... kolory, zapachy... co prawda wtedy ciagle jeszcze bylo mozna spotkac miejsca, ktore spustoszylo tsunami ale jakby nie bylo skutki takiej katastrofy nie znikaja tak szybko. Nawet jezeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do takiej sytuacji, teraz juz chyba wszyscy wiedza jak nalezy sie wtedy zachowac a do tego istnieja systemy alarmowe. Tragedie moga i zdazaja sie wszedzie... nie zmienia to faktu, ze Tajlandia jest pieknym i ciekawym krajem wartym odwiedzenia.


 W odroznieniu od balijczykow tajowie sa w wiekszosci buddystami. Buddyjskie swiatynie sa bardziej kolorowe, posagi Buddy wielkie i zlote. Religia nie jest tu tak wszechobecna jak na Bali ale mimo wszystko trudno ja przeoczyc ;)

Ja widzialam tylko niewielki skrawek tego zielonego i barwnego kraju ale to co widzialam zachwycilo mnie do tego stopnia, ze obiecalam sobie, ze jeszcze tam wroce. Musze tylko poczekac do wrzesnia i tym razem bedzie to wyspa Ko Samui. Wtedy wybralam region Krabi i moge go jak najbadziej polecic. Natomiast Phuket i Pattaya to miasta, ktore lepiej omijac szerokim lukiem. Te najbardziej znane, zatloczone i sciagajace glownie seks turystow nie oddaja uroku tego kraju.


 Ao Nang jest niewielkim miasteczkiem, skladajacym sie z jednej glownej ulicy i paru bocznych ale w sumie mamy tu wszystko czego turysta potrzebuje. Co prawda plaza jest dluga i szeroka ale nie jest to taka, ktora zachwyca piaskiem i nadaje sie do plazowania. Za to idalnie nadaje sie do spacerow albo dla tych co lubia pobiegac. W okolicy jest wiele innych pieknych plaz, wiec kazdy znajdzie cos dla siebie.
W miasteczku mamy roznej klasy hotele... male i duze, w sumie kazdy znajdzie cos dla siebie. Wiekszosc z nich polozona jest w pewnej odleglosci od plazy, wiec mozna spokojnie spac. Ogolnie w tym rejonie plaze sa dla wszystkich, wiec nawet resorty polozone przy plazy maja baseny i lezaki na terenie hotelowym, na plaze wychodzi sie przez furtke i kazdy moze z niej korzystac. My wtedy zdecydowalismy sie na maly resort z bungalowami pochowanymi w mini dzungli i lazienka na dworze. Sniadanie przynoszono praktycznie pod nos, basen byl przewaznie pusty i jego chlodna woda to bylo cos wspanialego po kolejnym intensywnym dniu.
 Nie nalezy zapominac, ze tak jak w przypadku Bali i innych panst, ktore polozone sa nad oceanem, tak samo tutaj mamy duze przyplywy i odplywy. Czyli plaza potrafi miec parenascie metrow albo raptem jeden lub dwa. To nie karaiby, wiec rzadko gdzie znajdziemy jasny piaseczek i turkusowa wode. Chyba, ze na wyspach ale o tym bedzie innym razem.


 Z miejsc w ktore warto sie wybrac. Jest takich pare i to nie tylko buddyjskie swiatynie ale tez stworzonych przez nature.
A jak juz mowa o dzungli, to koniecznie trzeba wybrac sie do Blue Lagoon... juz sam spacer przez las jest niesamowitym przezyciem. Maszeruje sie po kladkach, wieksza czesc tego terenu jest zalana woda... slodka woda. Po druzszym spacerze dochodzi sie do laguny o niesamowitym kolorze wody, ktora jest przyjemnie chlodna, bo oczywiscie mozna sie tam kapac. Piekne miejsce i chyba nigdzie nie spotkalam (na wolnosci) tyle przeroznych kolorowych motyli.
Kolejnym ciekawym miejscem byly gorace zrodla. Tez ukryte w lesie skalne tarasy z woda, ktorej temperatura siegala +38 stopni. Dla ochlody mozna bylo wspoczyc do rzeki, do ktorej splywala woda. Ta w rzece miala calkiem normalna temperature... ogolnie przy ponad 30 stopniach dookola i dosc duzej wilgotnosci powietrza, jest to interesujace przezycie.


Warto wybrac sie na splyw kajakami, wtedy mamy taka troche bardziej dzika Tajlandie wokol. Z wezami na drzewach, z przeroznymi gatunkami malp a wszystko to mozna spokonie ogladac z wody.

Wszystkie wycieczki kupilismy w lokalnych biurach podrozy. Wybor jest spory i mozna znalezc takie, ktore beda nam pasowac. Ceny sa do siebie zblizone ale mimo wszystko warto przegladnac ulotki i nie brac pierwszej lepszj wycieczki. Na okoliczne wyspy mozna dostac sie wodnymi tuk-tukami, czyli typowymi lodkami z motorami od aut. Glosne ale praktyczne. Mozna sobie taka lodke z obsluga wynajac na caly lub na pol dnia i wozi nas od wyspy do wyspy, na kazdej dajac nam tyle czasu ile chcemy. Na dalej polozone wyspy warto wybrac sie speed boatem. Wiekszosc tych wypraw ma zawsze lunch lub obiad wliczony w cene.
 
Jedna z bardziej znanych miejsc jest wyspa Jamesa Bonda, ktora swoja nazwe zawdziecza udzialowi w jednym z bondowych filmow. Charakterystyczna jest ta maczuga wystajaca z wody. Plynie sie tam przez las mangrowy takim troche wiekszym tuk-tukiem jak widac na powyzszym zdjeciu. Po drodze mijamy muzelmanskie miasteczko polozone na wodzie. Oczywiscie mozna sie tam zatrzymac, my tam bylismy na obiedzie.
Przerozne formacje skalne, tunele i malowidla sprzed setek lat, z tego co pamietam mozna tam tez nurkowac a w wielu miejscach snurkowac.
Te kolory... za intensywna zielen, kolor wody i blekit nieba. Tajlandia to idealne miejsce na to zeby odpoczac i naladowac baterie. Dla tych co lubia aktywnie spedzac urlop i dla tych, ktorym do szczescia wystarcza plaza.
Tam gdzie ja bylam czulam sie bardzo bezpiecznie. Uwazac trzeba bylo tylko na malpy, bo te zyja tam nie tylko w poblizu swiatyn ale tez wszedzie tam gdzie sa drzewa i mimo, ze nie sa tak bezczelne jak te przy swiatyniach, to jednak jak je cos zainteresuje to potrafia to ukrasc i lataj potem za nimi po drzewach ;)

I  cos na co sie ciesze to sa owoce, najlepsze na swiecie banany, ananasy i mandarynki. Moje podstawowe pozywienie. Ogolnie tajskie jedzenie mi bardziej pasowalo niz balijskie... bez problemu mozna sie zywic w garkuchniach. Dla mnie jedynym problemem jest popularna w Tajlandii trawa cytrynowa, ktorej ja nie cierpie ale to drobnostka. 

***

To byloby tyle slowem wstepu, na pewno pojawi sie jeszcze jeden tajlandzki post... beda wyspy, plaze i jeszcze pare moich wspomnien. Na pewno nie sa takie szczegolowe jak te balijskie ale moze kogos zainteresuja.