środa, 1 lipca 2015

Beige Star... blyszczydlo z letniej kolekcji Chanel

Blyszczyki Chanel pojawiaja sie u mnie od czasu do czasu. Odkad zaczeli wypuszczac bezdrobinkowe to moja milosc do nich systematycznie sie poglebia. I tak tez tym razem nie moglam przejsc obojetnie obok aktualniej kolekcji. W oko wpadl mi bezowy nudziak... cos co lubie najbardziej. 

 
Blyszczyki Chanel sa dosc geste, w pierwszym momencie moga sie wydac klejace ale na ustach pod wplywem ciepla dopasowuja sie idealnie. Do tego swietnie pielegnuja usta i nawet gdy zjem blyszczaca wartstwe, to usta nie wysychaja. W sumie maja w sobie wszystko to, co wymagam od blyszczydel. 
 

Levres Scintillantes Glossimer w kolorze 206 Beige Star to wlasciwie bardziej taki pudrowy roz, choc pewnie cos z bezu tez ma w sobie. Uniwersalny i naprawde cudnie prezentujacy sie na ustach. W opakowaniu mamy 5,5g i standardowa pacynke do nakladania. Jak na razie zaden z blyszczykow nie zaczac z czasem wyciekac i mam nadzieje, ze tak tez pozostanie... nie cierpie upackanych opakowan a do tego wszystkiego co mam w kosmetyczce. 


Na ponizszym zdjeciu dosc dobrze widac kremowosc i gestosc blyszczydla. O ile nasycenie koloru na dloni wypada dosc konkretnie, to jednak jest to blyszczyk a nie lakier, wiec efekt koncowy jest bardziej delikatny i wiele zalezy tez od naszego kolor ust. 
Bonusik ;) ... trzasniety kotletem jakies 30 minut po nalozeniu.


Na pewno nie raz jeszcze skusze sie na blyszczyki tej firmy. Mimo swojej ceny sa tego warte a do tego wydajne. Ja dosc szybko zuzywam tego typu produkty, bo namietnie je uzywam ale w tym przypadku jestem bardzo zadowolona.


środa, 24 czerwca 2015

Suche szampony Aussie... moje wrazenia :]

 Ja ogolnie lubie suche szampony i choc od dawna mam swojego faworyta, to co jakis czas jak mi cos ciekawego wpadnie w oko, to oczywiscie musze sprawdzic jak sobie radzi. I tak tez bylo w przypadku suchych z Aussie. Moje wlosy i o dziwo skora glowy lubia sie z ta firma. Przez jakis czas uzywalam... odzywki bardzo lubie, chco wiadomo jako posiadaczka cienkich kudelkow musze uwazac, zeby mi ich za bardzo ne obciazylo. Oba szampony zauwazylam kiedys w drogierii i wiadomo, wzbudzily moje zainteresowanie. Zielony ma dawac objetosc, chronic kolor... oba maja robic to co suche szampony powinny, czyli odswiezac.


 No coz... niestety nie ma to nic miracle. Cos co mi przede wszystkim w tych szamponach nie odpowiada to zbyt mocny zapach. Z gatunku tych co sie potem strasznie dlugo utrzymuja na wlosach. A ja zdecydowanie wole czuc moje perfumy jak szampon. I o ile mi ten zapach nie przeszkadza w przypadku produktow do pielegnacji... tak tu jest dosc drazniacy. Jezeli mialabym powiedzic, ktory mi bardziej pasuje... to zdecydowanie ten zielony. Milosci z tego nie bedzie ale moge go zuzyc.  Lepiej sobie radzi. Podoba mi sie, ze nie powoduja efektu matowych, splowialych wlosow tak jak to czesto mamy po produktach tego typu. Pewnie dlatego, ze w ogole nie maja tego dosc charakterystycznego pylu. W pierwszym momencie po uzyciu mamy wrazenie, ze nasze wlosy sa mokre. 

Cos czego jeszcze nie lubie w tym do wlosow farbowanych, to ma on cos w sobie z lakieru. Mam wrazenie, ze lekko usztywnia... czego ja akurat w tym przypadku nie potrzebuje a wrecz mi to przeszkadza. Zielony faktycznie daje lekka objetnosc i moglby sie niezle sprawdzac na krotkich wlosach.


180 ml to calkiem porzadna pojemnosc i sa dosc wydajne, cena tez nie jest zawrotna ale z tego co widze nie maja te szampony zbyt wiele zwolenniczek i w sumie mnie to nie dziwi. Ja watpie zebym kupila ponownie... czerwony na 100% nie, zielony uzywalam rzadziej ale prawde mowiac nie wierze, ze zmienie zdanie. Chocby tylko przez ten zapach. Zbyt nachalny i zbyt trwaly. 


wtorek, 16 czerwca 2015

Biotherm Biosource Balm-to-Oil... balsam do demakijazu

Czesc z was pamieta pewnie moje proby zaprzyjaznienia sie z balsamem Clinique. Pisalam o nim tutaj. Niestety nic z tego wyszlo ale teraz wiem, ze to po prostu produkt mi nie pasowal. Konsystencja sama w sobie jest inna niz to do czego jestesmy przyzwyczajone ale uzywanie balsamu Biothermu to dla mnie sama przyjemnosc, wiec to nie stanowi zadnego problemu.


Biotherm Biosource Balm-to-Oil to w sumie bardzo podobny produkt do tego z Clinique. Roznica jest dla mnie taka, ze ten subtelnie i przyjemnie pachnie a tamten mi po prostu smierdzial i uniemozliwial korzystanie. A wiadomo demakijaz twarzy powinien byc przyjemna czynnoscia, dajaca nam uczucie czystosci. W tym przypadku jest to jak najbardziej mozliwe. 

Producent wspomina o przeciwbakteryjnym dzialaniu produktu, tropikalne oleje pomagaja w dokladnym oczyszczaniu a plankton i maslo Shea intensywnie pielegnuja. 


 W opakowaniu mamy 125 ml. Cena nie jest moze najnizsza ale nie nalezy zapominac, ze sa to szalenie wydaje produkty. Calosc zamknieta w plastikowym opakowaniu.


W tym przypadku tak samo jak i u Clinique, kosmetyk reaguje na cieplo i z formy stalej zmienia sie w olejek, ktory bardzo wygodnie sie naklada, rozprowadzamy go po calej twarzy, skora ma byc sucha. Potem gdy dodamy do tego wode, to balsam zaczyna sie delikatnie pienic i pozwala dokladnie i bezproblemowo usunac makijaz. Nie pozostawia na skorze tlustego filmu a wrecz przeciwnie, mam wrazenie, ze moja twarz jest porzadnie oczyszczona. Uzywam tego produktu od okolo tygodnia i siegam po niego coraz chetniej. Moja skora bardzo go lubi,  jest delikatny a przy tym skuteczny.

 

niedziela, 7 czerwca 2015

Guerlain Meteorites Oxygen Care... pierwsze wrazenia :)

 Jak juz nie od dzis wiadomo kulki kocham pod kazda postacia. I to nie tylko za efekt, ktory mi daja ale takze za ten cudowny i jedyny w swoim rodzaju zapach. Rozumiem, ze nie kazdemu musi on odpowiadac, ja uwielbiam i bylo to do przewidzenia, ze meteorkowy cudak przyciagnie moja uwage.

 Ogolnie nie jestem fanka pielegnacji tej firmy. Ceny maja jakie maja a produkty, ktore zdazylo mi sie testowac nie wywarly na mnie wiekszego wrazenia, do tego jakis krem mnie zapchal i zrobil kuku. 


Natomiast lekkie fluidy na lato... pod makijaz... dwa razy nie trzeba mi bylo mowic. Choc przeznaje sie bez bicia, ze w mojej przyszlej pielegnacji tez mam tego typu produkt ale nie ma mocnych... na fiolkowy zapach zawsze polece. A pachnie on nieziemsko i dla samego zapachu moge sie tym codziennie smarowac, bo to po prostu sama przyjemnosc ;)


 Biel, srebro, szklo... prostota i elegancja. Czasami nawet cos tak niepozornego potrafi wywolac szybsze bicie sroczego serduszka. 

Guerlain Meteorites Oxygen Care Moisturizer and Radiance Booster bo tak brzmi pelna nazwa... to fluid, ktory wg producenta jest aktywatorem blasku - kompleks o2 light. Ma zapewniac nawilzenie, pielegnacje i blask. Wiadomo te optyczne wygladzenie i zmniejszenie porow zawdzieczamy silikonom ale mi tam one akurat nie przeszkadzaja, moja skora je lubi a ja lubie efekt jaki daja. Producent zapewnia zwiekszenie poziomu nawilzenia powierzchniowej warstwy skory, formula zostala wzbogacona o nawilzajace glikole oraz kompozycje polimerow i kuleczek krzemowych, ktore wygladzaja jej powierzchnie.


 Dozowanie ulatwia nam pompka, firma pomyslala o wygodzie uzywania. 30 ml to w sumie standardowa pojemnosc tego typu produktow. Jak bedzie z wydajnoscia to sie okaze.


 Na ponizszym zdjeciu rozsmarowalam na powierzchni dloni odrobine fluidu i w sumie calkiem dobrze widac blask ale nie trzeba sie obawiac, nie swiecimy sie po nim jak bombka. Po tym jak sie produkt wchlonie i dopasuje do naszesz skory to efekt jest bardziej subtelny. Kropke zrobilam zeby bylo widac kolor... sam w sobie jest bialy ale na skorze staje sie calkowicie przezroczysty plus oczywiscie meteorkowa poswiata. W koncu jakby nie bylo to zalicza sie do meteorkowej rodziny.


 Sklad dla zainteresowanych. Choc ja tego nawet nie probowalam rozgryzac. Mialam obawy czy przypadkiem nie zrobi mi krzywdy ale odkad kupilam to namietenie uzywam i na szczescie nie ma problemow.


W zadnym wypadku nie jestem tu obiektywna. To niewytlumaczalna milosc i uwielbienie... plus otlumanienie zapachem powoduje, ze najcheniej kupilabym kolejne opakowania na zapas ;)

Wiadomo nie jest to tez recencja... tylko pierwsze wrazenia a te sa bardzo pozytywne. Uzywam tego fluidu rano pod makijaz. Przy takich upalach chetnie odstawiam krem i siegam po cos lekkiego. I ten produkt pasuje mi tu idealnie. Nadaje sie pod podklad, cudnie rozswietla i wyrownuje optycznie skore. Makijaz sie dobrze na nim trzyma i pewnie z nawilzeniem tez sobie radzi. Skora po calym dniu jest mila w dotyku... nie czuje zadnego napiecia, ktore mogloby byc skutkiem zbyt malego nawilzenia. Jak juz napisalam krzywdy mi nie robi a wrecz przeciwnie. Oczywiscie nie jest to kosmetyk ktory trzeba miec ale jak mozna sobie pozwolic, to na pewno warto mu sie przyjrzec. A dla milosniczek meteorytowego zapachu i efektu... to chyba nie musze nic pisac... po prostu trzeba miec :P

Razem z fluidem pojawily sie oczywiscie pasujace kulaski ale ja sobie darowalam, z wiadomych powodow. Mam ich pod dostatkiem i w sumie z tych co mam, moglabym sobie zlozyc takie jak te z LE. No i nie ukrywam... troche sie obrazilam za o ciagle zmniejszanie objetosci. 

sobota, 30 maja 2015

Natural Monica... czyli pomadka Dolce&Gabbana :)


Co prawda od jakiegos czasu czuje sie zaspokojnona kosmetycznie hehe... ale to nie znaczy, ze calkowicie stracilam zainteresowanie kolorowka. Ciagle mam ochote na przetestowanie tego wszystkiego co u mnie niedostepne a w sumie sporo tego jest. I tak raz na jakis czas cos mi sie uda dorwac. Tym razem wpadlo mi w rece pare kosmetykow Dolce&Gabbana. Owszem online mozna dostac ale regularne ceny wolaja o pomste do nieba i to zbyt duze ryzyko kupowac w ciemno. Bo po tem co... mam zezrec ze zlosci ;). Na szczescie moja intuicja czuwa i moje zakupy w sieci nie koncza sie katastrofa ale przy wysokich cenach nie mozna sie rozbrykac. Chyba, ze sie je trafi w outlecie, to sprawa wyglada juz troche bardziej przyjaznie.


Jednym z kosmetykow jest pomadka z serii Monica, inspirowna i reklamowana przez Monice Bellucci, ktora uzyczyla im tez swojego imienia. Wybor kolorow spory ale mi w oko wpadly oczywiscie nudziaki. Choc te sa dosc ciemne i na poczatku mialam obawy, bo skoro na moich bladych ustach wyglada jak wyglada... to wydaje mi sie, ze te nudki beda pasowac wiekszosci. Kazda znajdzie odcien dla siebie a jak nie nudki to jest wiele innych odcieni do wyboru, oczywiscie z krwistymi czerwieniami wlacznie.


 Sa jeszcze dwa jasniejsze odcienie, ja zdecydowalam sie na Natural Monica 60.


 Opakowanie jest porzadne, metalowe i ladnie wykonane ale przy pomadce za okolo 30,00 - 35,00 € nawet sie niczego innego nie spodziewalam. W przeciwienstwie do pozostalych trzech produktow D&G, ktore nabylam w ostatnim czasie, za ta pomadke zaplacilam pelna cene. Zawartosc to 3,5g ... ja co prawda pomadkowa nie jestem za bardzo ale Armanek ma 4g i prawde mowiac caloksztaltem przewyzsza D&G. Cos co mnie bardzo zdziwilo w przypadku tej pomadki to bardzo intensywny i taki troche drogeryjny zapach, ktory do tego dosc dlugo sie utrzymuje i to chyba jest najwiekszy minus.


 Bo kolor to ma cudny... cieply nudziak ale przy tym bardzo naturalny, pieknie dopasowuje sie do ust, pielegnuje przy okazji. Lubie produkty, ktore tworza calosc z ustami. Nie wlazi nigdzie, schodzi rowno, nie migruje... jakosciowo jest to bardzo dobry produkt. Choc jak dla mnie to juz sporo koloru ;)


 Bonusik ;) ... z cala nudkowa reszta. 
Od jakiegos czasu nie mam jakos natchnienia na porzadne oko.


Ponownie pewnie nie kupie. Wole wydac ta kwote na blyszczydlo ale ciekawosc zaspokoilam, poznalam cos nowego i bede uzywala z przyjemnoscia (pomijajac zapaszek). 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...