poniedziałek, 29 lutego 2016

Sublime de Chanel mascara


 Jak do tej pory wszelkie podejscia do tuszy Chanel konczyly sie katastrofa. Jakis czas temu dostalam probke tego tuszu i o dziwo... bardzo mi sie spodobal efekt na rzesach. Co prawda mialam male obawy, bo juz raz tak bylo i to wlasnie z tuszem tej firmy... miniaturka byla super, pelnowymiarowy tusz zulpelnie sie nie sprawdzil. Poniewaz diorowy Iconic Overcurl przestal mi sluzyc, postanowilam zaryzykowac i jak czesc z was moze pamieta, kupilam przez pomylke zupelnie inny. Na szczescie okazal sie rownie rewelacyjny i zostal moim faworytem jezeli chodzi o wodoodporne tusze.  


W koncu z malym poslizgiem zawitala u mnie Sublime de Chanel w kolorze Deep Black 10, zdecydowalam sie na niewodoodpona wersje, w tej kategorii mam juz swojego faworyta jak juz wyzej pisalam.  Ogolnie dostepna w trzech kolorach w klasycznym czarnym opakowaniu u silikonowa szczoteczka. Zawartosc to 6 g. Wedlug producenta ma wydluzac i podkrecac nasze rzesy.


Moje rzesy sa z natury proste i nawet zalotka nie za bardzo potrafi je podwinac ale za to bardzo ladnie je wydluza. Tusz nie jest za rzadki, z tym ze u mnie i tak musi troche dojrzec. Szczoteczka jest bardzo wygodna w uzyciu i na rzesach laduje dokladnie tyle tuszu ile sobie powinno.


Bardzo mi sie podoba efekt na rzesach a moje do tego sa aktualnie na etapie wymiany, wiec wtedy sa wyjatkowo fanabaryjne i trudne do opanowania. Tak cos mi sie wydaje, ze tusze Chanel beda czesciej u mnie goscic... na razie te dwa sprawdzone ale teraz juz wiem, ze moge siegac po ich nowosci. Wiadomo, ze w przypadku tuszu wiele zalezy od stanu wyjsciowego rzes ale ciagle trafiam na takie, ktore za nic nie chca dobrze na moich rzesach wygladac, wiec jest to ciagle poszukiwanie tego idealnego. Bo jak widac w przypadku tego z Diora, ulubiony tez moze nagle przestac pasowac. 


czwartek, 25 lutego 2016

niekosmetycznie w obrazkach... Tajlandia milosc od pierwszego spotkania

 W Tajlandii po raz pierwszy bylam w 2008 roku. Jak tam lecialam to w sumie nie wiedzialam czego sie spodziewac. Plaze, palmy, slonie, dzungla... kolory, zapachy... co prawda wtedy ciagle jeszcze bylo mozna spotkac miejsca, ktore spustoszylo tsunami ale jakby nie bylo skutki takiej katastrofy nie znikaja tak szybko. Nawet jezeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do takiej sytuacji, teraz juz chyba wszyscy wiedza jak nalezy sie wtedy zachowac a do tego istnieja systemy alarmowe. Tragedie moga i zdazaja sie wszedzie... nie zmienia to faktu, ze Tajlandia jest pieknym i ciekawym krajem wartym odwiedzenia.


 W odroznieniu od balijczykow tajowie sa w wiekszosci buddystami. Buddyjskie swiatynie sa bardziej kolorowe, posagi Buddy wielkie i zlote. Religia nie jest tu tak wszechobecna jak na Bali ale mimo wszystko trudno ja przeoczyc ;)

Ja widzialam tylko niewielki skrawek tego zielonego i barwnego kraju ale to co widzialam zachwycilo mnie do tego stopnia, ze obiecalam sobie, ze jeszcze tam wroce. Musze tylko poczekac do wrzesnia i tym razem bedzie to wyspa Ko Samui. Wtedy wybralam region Krabi i moge go jak najbadziej polecic. Natomiast Phuket i Pattaya to miasta, ktore lepiej omijac szerokim lukiem. Te najbardziej znane, zatloczone i sciagajace glownie seks turystow nie oddaja uroku tego kraju.


 Ao Nang jest niewielkim miasteczkiem, skladajacym sie z jednej glownej ulicy i paru bocznych ale w sumie mamy tu wszystko czego turysta potrzebuje. Co prawda plaza jest dluga i szeroka ale nie jest to taka, ktora zachwyca piaskiem i nadaje sie do plazowania. Za to idalnie nadaje sie do spacerow albo dla tych co lubia pobiegac. W okolicy jest wiele innych pieknych plaz, wiec kazdy znajdzie cos dla siebie.
W miasteczku mamy roznej klasy hotele... male i duze, w sumie kazdy znajdzie cos dla siebie. Wiekszosc z nich polozona jest w pewnej odleglosci od plazy, wiec mozna spokojnie spac. Ogolnie w tym rejonie plaze sa dla wszystkich, wiec nawet resorty polozone przy plazy maja baseny i lezaki na terenie hotelowym, na plaze wychodzi sie przez furtke i kazdy moze z niej korzystac. My wtedy zdecydowalismy sie na maly resort z bungalowami pochowanymi w mini dzungli i lazienka na dworze. Sniadanie przynoszono praktycznie pod nos, basen byl przewaznie pusty i jego chlodna woda to bylo cos wspanialego po kolejnym intensywnym dniu.
 Nie nalezy zapominac, ze tak jak w przypadku Bali i innych panst, ktore polozone sa nad oceanem, tak samo tutaj mamy duze przyplywy i odplywy. Czyli plaza potrafi miec parenascie metrow albo raptem jeden lub dwa. To nie karaiby, wiec rzadko gdzie znajdziemy jasny piaseczek i turkusowa wode. Chyba, ze na wyspach ale o tym bedzie innym razem.


 Z miejsc w ktore warto sie wybrac. Jest takich pare i to nie tylko buddyjskie swiatynie ale tez stworzonych przez nature.
A jak juz mowa o dzungli, to koniecznie trzeba wybrac sie do Blue Lagoon... juz sam spacer przez las jest niesamowitym przezyciem. Maszeruje sie po kladkach, wieksza czesc tego terenu jest zalana woda... slodka woda. Po druzszym spacerze dochodzi sie do laguny o niesamowitym kolorze wody, ktora jest przyjemnie chlodna, bo oczywiscie mozna sie tam kapac. Piekne miejsce i chyba nigdzie nie spotkalam (na wolnosci) tyle przeroznych kolorowych motyli.
Kolejnym ciekawym miejscem byly gorace zrodla. Tez ukryte w lesie skalne tarasy z woda, ktorej temperatura siegala +38 stopni. Dla ochlody mozna bylo wspoczyc do rzeki, do ktorej splywala woda. Ta w rzece miala calkiem normalna temperature... ogolnie przy ponad 30 stopniach dookola i dosc duzej wilgotnosci powietrza, jest to interesujace przezycie.


Warto wybrac sie na splyw kajakami, wtedy mamy taka troche bardziej dzika Tajlandie wokol. Z wezami na drzewach, z przeroznymi gatunkami malp a wszystko to mozna spokonie ogladac z wody.

Wszystkie wycieczki kupilismy w lokalnych biurach podrozy. Wybor jest spory i mozna znalezc takie, ktore beda nam pasowac. Ceny sa do siebie zblizone ale mimo wszystko warto przegladnac ulotki i nie brac pierwszej lepszj wycieczki. Na okoliczne wyspy mozna dostac sie wodnymi tuk-tukami, czyli typowymi lodkami z motorami od aut. Glosne ale praktyczne. Mozna sobie taka lodke z obsluga wynajac na caly lub na pol dnia i wozi nas od wyspy do wyspy, na kazdej dajac nam tyle czasu ile chcemy. Na dalej polozone wyspy warto wybrac sie speed boatem. Wiekszosc tych wypraw ma zawsze lunch lub obiad wliczony w cene.
 
Jedna z bardziej znanych miejsc jest wyspa Jamesa Bonda, ktora swoja nazwe zawdziecza udzialowi w jednym z bondowych filmow. Charakterystyczna jest ta maczuga wystajaca z wody. Plynie sie tam przez las mangrowy takim troche wiekszym tuk-tukiem jak widac na powyzszym zdjeciu. Po drodze mijamy muzelmanskie miasteczko polozone na wodzie. Oczywiscie mozna sie tam zatrzymac, my tam bylismy na obiedzie.
Przerozne formacje skalne, tunele i malowidla sprzed setek lat, z tego co pamietam mozna tam tez nurkowac a w wielu miejscach snurkowac.
Te kolory... za intensywna zielen, kolor wody i blekit nieba. Tajlandia to idealne miejsce na to zeby odpoczac i naladowac baterie. Dla tych co lubia aktywnie spedzac urlop i dla tych, ktorym do szczescia wystarcza plaza.
Tam gdzie ja bylam czulam sie bardzo bezpiecznie. Uwazac trzeba bylo tylko na malpy, bo te zyja tam nie tylko w poblizu swiatyn ale tez wszedzie tam gdzie sa drzewa i mimo, ze nie sa tak bezczelne jak te przy swiatyniach, to jednak jak je cos zainteresuje to potrafia to ukrasc i lataj potem za nimi po drzewach ;)

I  cos na co sie ciesze to sa owoce, najlepsze na swiecie banany, ananasy i mandarynki. Moje podstawowe pozywienie. Ogolnie tajskie jedzenie mi bardziej pasowalo niz balijskie... bez problemu mozna sie zywic w garkuchniach. Dla mnie jedynym problemem jest popularna w Tajlandii trawa cytrynowa, ktorej ja nie cierpie ale to drobnostka. 

***

To byloby tyle slowem wstepu, na pewno pojawi sie jeszcze jeden tajlandzki post... beda wyspy, plaze i jeszcze pare moich wspomnien. Na pewno nie sa takie szczegolowe jak te balijskie ale moze kogos zainteresuja.

wtorek, 23 lutego 2016

Big Oval Makeup Brush... kolejna szczotka do podkladu :)

Ostatnio pokazywalam wam maly pedzel typu "szczotka do zebow" i tak mi sie spodobalo, ze zamowilam wiekszy. Pare dni temu paczka przyszla i oczywiscie zaraz musialam zarbrac sie za testy. To znaczy nie takie zaraz, musialam wyprac i jedno co musze powiedziec, to ze strasznie dlugo potrzebuje zeby wyschnac. Jego wlosie jest tak niesamowicie geste, ze nie tylko malo podkladu pije ale tez wyprany potrzebowal dwa dni a i tak nie jestem pewna, ze byl w 100% suchy. 


 Szczotka w calosci ma okolo 16,5 cm. Dlugosc glowki z wlosiem to 6 cm, wlosie jest sztuczne ale przy tym niesamwicie geste i miekkie. Kupilam na ebayu, na opakowaniu widnieje firma Kuulee i z tego co znalazlam w internecie, to jest to azjatycka firma, ktora sprzedaje szczotko - pedzle w roznych rozmiarach... jak widac na ponizszym zdjeciu. Aktualnie mozna kupic ten maly bardzo zbity pedzel i ten duzy. Pozostale mozna ewentualnie zamowic hurtowo z Azji. W ogole doszlam do tego, ze wszystkie tego typu pedzle robione sa w Chinach. Jak bym nie szukala, to trafiam na jedna manufakture, ktora oferuje wlasnie te rozmiary... a kolor i wyglad raczki mozna wybrac wg uznania. I tak mi sie wydaje, ze wszystkie te szczotki sa wlasnie tam produkowane, czasami moze jest lekka roznica w materiale. Bo to tez mozna sobie wybrac. Co potem oczywiscie przeklada sie na koncowa cene produktu. Ten moj kosztowal niecale 11,00€ ... cena calkiem przystepna, w porownaniu do tych "firmowych" :]


 Tu widac bardzo dobrze jaka jest wielkosc tej szczoty. Jak dla mnie jest orgomna i oragniecie jej nie jest takie proste. Owszem podklad naklada sie latwiej jak ta mala, tamta jest bardzo mocno zbita ale przy tej manewrowanie przy nosie i slepiach wymaga po prostu wprawy. Wszystko mozna oswoic, pod warunkiem, ze sie chce. A ja bardzo chetnie... efekt mi sie niesamowicie podoba.


Szczotka nie pije zbyt wiele podkladu ale na pewno wiecej jak ta mala. Z tym, ze nakladanie jest przyjemne. Jedyne co mnie troche niepokoi, to ta cienka raczka... szczegolnie, ze glowka jest dosc ciezka. Czy to na pewno wytrzyma i sie nie zlamie. Pewnie z czasem sie okaze. I tak zeby nalozyc dobrze podklad to trzeba trzymac przy glowce. Tu chyba kazdy musi opracowac swoja metode.


Jak widac wlosie ma lekko zaokraglony ksztalt, tak zeby dobrze sie dopasowywal do "nierownosci" naszej twarzy. Koncowka jest troche bardziej puszysta, przez co uzywanie to sama przyjemnosc, mozna sie myziac nawet bez podkladu ;)


 Tak jak porownuje obie szczotki, to przydalaby sie jeszcze taka pomiedzy ale z takim wlosiem jak duza. Swietnie nadawalaby sie do korektora albo powierzchni gdzie tym duzym trudno dotrzec. Mala to jednak troche inna bajka, trzeba sie namachac... bardziej mi to przypomina prace jajem. W tym przypadku to taki ogromny pedzel.


Wyglad jaki uzyskuje ta szczotka jest jak dla mnie idealny i wiadomo naklada sie szybciej jak maluchem. Bede musiala potestowac z roznymi podkladami. Na razie uzywalam tylko z Chanel Les Beiges, chwilowo bardzo go lubie i inne podklady poszly w odstawke ale jestem ciekawa czy w przypadku innych tez taki efekt uzyskam.


Widzialam na filmikach, ze dziewczyny nakladaly tymi szczotkami tez rozne inne produkty. Ja sobie na razie nie wyobrazam. Moze jakbym miala taki "pomiedzy"... to moglabym sprobowac bronzera albo rozu ale ten wydaje mi sie za duzy. Chyba, ze sie z nim naprawde oswoje, to wtedy moge sprobowac... zobaczymy...


środa, 17 lutego 2016

Chanel Les Beiges Foundation... z bliska :)


 W sklepach pojawil sie ten produkt na poczatku stycznia. Chodzilam wokol niego dosc dlugo, ogladalam... smarowalam sie... i trudno bylo mi podjac decyzje. Glownie z tego powodu, ze jak do tej pory zaden z produktow z lini Les Beiges tak naprawde mi nie podszedl. Mialam obawy, ze w tym przypadku bedzie tak samo ale z drugiej strony cos mnie w jego kierunku pchalo. A jak wiekszosc z was wie, ja polegam na mojej intuicji w przypadku kosmetykow i tak rzadko mnie zawodzi. Poniewaz nie mialam dostepu do probki, jak na ironie... bo dzien pozniej kupilam gazete i w niej oczywiscie jest takowa, wiec jakby ktos z Niemiec chcial sie wczesniej przekonac, to probka koloru 30 znajduje sie w aktualnym InStyle. I tak ostatnio kupujac jakies pierdoly w Müller, zawialo mnie w kierunku szafy Chanel i coz... nabylam droga kupna z nadzieja, ze jednak bedzie cacy. A jak jest to zaraz przeczytacie nizej.


 Nie bede sie rozpisywac co do wlasciwosci podkladu, jest juz wystarczajaco informacji prasowych na blogach, ktore z Chanel wspolpracuja. Healthy Glow Foundation dostepny jest w 8 kolorach i ogolnie ma za zadanie dac naszej skorze srednie krycie, swiezosc i naturalne rozswietlenie... czyli ostatnio dosc popularne satynowe wykonczenie. Czyli ach i och... powinno byc bosko, kto by nie chcial idealnej cery.


Szklana buteleczka z pompka czyli chanelowa klasyka. Do tego bardzo przyjemny zapach i mila tekstura. Podklad naklada sie dobrze zarowno przy pomocy naszych palcow jak i pedzlem/szczotka. Probowalam na rozne sposoby i uzyskany efekt za kazdym razem mi sie podobal. W srodku mamy standardowo 30 ml. 


 Kolor ktory wybralam to 21 i to byl bardzo dobry wybor... jasny bez, ktory idealnie mi pasuje. Oczywiscie teraz, bo latem to bedzie zdecydowanie na jasny. Kolejnym plusem jest SPF 25/PA++


 Krycie faktycznie jest srednie ale jak dla mnie wystarczajace. Mozna tez stopniowac, tak ze wiekszosc czesc moich przebarwien moge pod nim ukryc a na reszte mam korektor. Trwalosc jak na razie jest calkiem w porzadku, nie jest to produkt, ktory wytrzyma caly dzien. Przy mojej mieszanej cerze wymaga drobnych poprawek, bibulka potrafi sobie z tym poradzic. Pozatym wyglada naprawde swietnie. Jak dla mnie idealny podklad na codzien, do pracy. Po kilku godzinach w dalszym ciagu wyglada naturalnie i dokladnie tak jak po takim produkcie oczekuje. Wiadomo czasami moja skora ma lepsze dni, czasami gorsze... nie zawsze jest tak samo ale ogolnie jestem zadowolona z zakupu.


 Wiadomo wiele zalezy tez od stanu naszej skory oraz innych produktow, ktore aktualnie uzywamy.  To jest w sumie pierwszy podklad Chanel, ktory mi podszedl ale jakby nie bylo uzywam teraz pielegnacji tej samej firmy a do tego baze Le Blanc i pudru Crystalline. Moze dlatego wszystko ladnie ze soba wspolpracuje, co mnie oczywiscie bardzo cieszy.


 Ciagle jestem w fazie testow ale musze przyznac, ze to bardzo przyjemny podklad i warto sie z nim zapoznac. Ja mam nadzieje, ze dalej bedzie mi sluzyc i kiedys na pewno pojawi sie w denku, wtedy bede mogla wam napisac co o nim mysle i czy zakupie kolejne opakowanie.


piątek, 12 lutego 2016

niekosmetycznie w obrazkach... balijskie swiatynie :)

Jak juz pisalam Bali to wyspa tysiaca swiatyn. I spotkac mozna je na kazdym kroku. Balijczycy bardzo powaznie podchodza do swojej religi i jest ona centralna czescia ich zycia. O ile praktycznie cala Indonezja jest muzelmanska, tak na Bali mamy balijska odmiane hinduizmu. Co prawda swoje korzenie ma ich religia w indyjskim hinduizmie, to z biegiem czasu rozwinela sie i znalazly sie w niej elementy buddyzmu oraz lokalne wierzenia. W koncu zostala uznana za osobna religie - Agama Tirtha, religia Swietej Wody.


Kazdy dzien rozpoczyna sie i konczy skadaniem ofiary, koszyczki spotykamy na kazdym rogu, czesto na srodku chodnika. Ponad 200 swiat w ciagu roku i sa one na tyle wazne dla kazdego mieszkanca Bali, ze wtedy maja wolne i nie musza pojawic sie w pracy. I jest to calkiem oczywiste i nikogo nie dziwi. Dekorowane sa wtedy cale domy, wsie i oczywiscie swiatynie... tak wiec typowy dzien balijczyka uplywa na wypelnianiu przeroznych obrzedow, ktore nie zmienily sie od stuleci. 


Wieczna walka miedzy dobrem a zlem i proba utrzymania tego w rownowadze. Dobro reprezentuje Sanghyang Widi Was, po przeciwnej stronie mamy przerozne demony. W swiatyniach najczesciej spotykamy Brahme (stowrzyciela), Wisznu (bog utrzymujacy swiat) i Śiwę (niszczyciela) ale oprocz tego spotykamy bostwa urodzaju, zywiolow. 


Nasz przewodnik a wlasciwie wszyscy trzej opowadali nam wiele o tradycjach i rytualach... rownie dobrze moglabym napisac ksiazke, bo trudno to strescic w paru slowach. Dlatego wlasnie Bali jest niesamowicie interesujacym miejscem a balijczyczy bardzo chetnie opowiadaja o swojej wyspie. Jezeli chodzi o swiatynie to wiadomo ani nie jest to mozliwe ani nie trzeba zobaczyc wszystkich ale jest pare, ktore na pewno warto odwiedzic.

Pura Goa Lawah to swiatynia nietoperzy, nazwana tak przez tysiace zwierzakow, ktore zamieszkuja jaskinie znajdujaca sie przy swiatyni. Ogolnie poswiecona jest ona bostwu zwiazanemu z morzem, nietoperze nie naleza do zwierzat, ktore maja jakies specjalne znaczenie. Ceremonie odbywaja sie na terenie swiatyni albo na placu znajdujacego sie po drugiej stronie ulicy i polozonego w poblizu plazy.


Pura Besakih to swiatynia matka... najwazniejsza ze wszystkich i jest to wlasciwie kompleks przeroznych swiatyn. Od tych glownych poswieconych bostwom, po rodzinne i tu wielkosc zalezy od zamoznosci rodziny. Polozona jest na stoku wulkanu Agung na wysokosci okolo 100 m n.p.m


My przyjechalismy razem z przewodnikiem, wiec nie mielismy zadnych problemow. On kupil bilety i oprowadzil nas po calym kompleksie. Latanie po tych schodkach bylo dosc meczace, mimo wysokosci bylo delikatnie mowiac cieplo. Problemem bywaja roznego rodzaju naciagacze, ktorzy korzystaja z niewiedzy turystow i usiluja im wcisnac, ze potrzebuja miejscowych przewodnikow, jezeli chca bezproblemowo poruszac sie co calosci. Nie jest to prawda, jedynie nie wolno nam wchodzic na teren poszczegolnych swiatyn, oczywiscie w wielu z nich odbywaja sie przerozne ceremonie.


Jedna z wyzej polozonych o rzadziej odwiedzanych przez turystow jest czesc poswiecona Shiva. Tam tez trafilismy na mnicha, ktory nie mial za wiele do roboty i odprawil dla nas (dla mnie i slubnego) mala ceremonie, to bylo dosc interesujace przezycie. Normalnie nie przychodzi sie do swiatyni z pustymi rekami, koszyczek z darami nalezy miec ze soba a ze my nie mielismy, to dostalismy koszyczki od mnicha, co wiazalo sie z pewna oplata ale to wszystko bylo tak sympatyczne i nienchalne, ze nie mialam zadnego problemu. Z czegos w koncu musza zyc ;)


To co moze jeszcze (dla nas europejczykow) wydac sie niezbyt pasujace do swiatyni, to ze tak powiem pozostalosci po uroczystosciach, ktore przewaznie laduja gdzies pod murem miedzy swiatyniami. Jak juz pisalam na insta wygladalo to jakby piorun piznal w smieciare a potem przeszlo tornado. No coz... taki urok.


Taman Ayun Temple to swiatynie polozone w piekny parku. Co prawda na teren swiatyni nie mozna wejsc ale nawet gdy przejdzie sie spacerem dookola, to mozna podziwiac typowy wyglad i starannosc wykonania poszczegolnych elementow.


Tanah Lot to kolejna swiatynia i jest jedna z bardziej znanych, przez to nie ma co liczyc na spokoj i niewielka ilosc ludzi. Jest to miejsce znane z pieknego zachodu slonca i to sciaga niesamowite ilosci turystow. Do tego u podnoza swiatyni jest zrodelko, ktorego woda ma wg tubylcow cudowne wlasciwosci. Swiatynia zostala zbudowana w XVI w.


Mnie zachwycily fale, ktore z niesamowita moca rozbijaly sie o skaly i mimo, ze proceder ten trwa juz setki lat, to swiatynia stoi na swojej skale tak jak stala... bez uszczerbku, wiec moze cos w tym faktycznie jest ;)


Ostatnia z tych znanych, ktore chcialam pokazac to Ulan Danu Batan Tempel. Pieknie polozona na brzegu jeziora i normalnie otoczona woda ale wtedy gdy ja bylam (czyli pod koniec wrzesnia) to poziom wody w jeziorze byl dosc niski. Pora deszczowa zaczyna sie w pazdzierniku. Z woda czy bez dla mnie bylo to miejsce warte odwiedzenia, kazda z tych swiatyn ma swoj urok.


Goa Gajah to juz mniej znana swiatynia poswiecona mojemu ulubionemu hinduskiemu bostwu Ganeshy.


Odwiedzilismy tez wiele innych swiatyn, ktore znalazly sie na naszej drodze. Wiekszosc z nich jest bardzo podobnie zbudowana, roznia sie szczegolami. Zbudowane ze skaly wulkanicznej, smoliscie czarne... sa czesto centrum spotkan nawet wtedy gdy nie ma zadnych uroczystosci.


Seria balijskich postow powoli zbliza sie do konca. Mam nadzieje, ze w ogole komus przyda sie to co tu pokazalam i opisalam. W planach mam jeszcze jeden post, pojawi sie za jakis czas. 

 

wtorek, 9 lutego 2016

Pedzel typu "szczotka do zebow"... czyli maly oval brush w akcji :)


 Te pedzle to nic nowego, MAC ma je juz od jakiegos czasu w ofercie... potem wprowadzily rozne inne firmy. Ja do tej pory nie odczuwalam potrzeby posiadania. Tym bardziej, ze nie bylam pewna czy sie polubie z taka forma nakladania roznych produktow a jak wiadomo one nie byly tanie, jak zwykle placi sie za firme. Z tym, ze od jakiegos czasu jest prawdziwy wysyp szczotek noname, ktore kosztuja grosze. Produkowane sa w Chinach, jak wiekszosc i manufaktua, ktora je robi, oferuje na swojej stronie taki nadruk jaki sobie zyczymy... wiecej pisac nie trzeba ;)

W kazdym razie szal na nie jak zwykle przyszedl z Azji. Tamtejsze firmy kosmetyczne maja takie juz od jakiegos czasu w ofercie, czas na podboj europejskiego rynku. Ja moja nie kupilam na ebayu tylko na amazonie (za niecale 7€) glownie dlatego, ze chcialam ja miec szybciej a nie czekac conajmniej 4 tygodnie. Choc wtedy mozna ja kupic juz za 1€.


 To jest mala szczotka dlugosc glowki z wlosiem to okolo 3 cm, idealnie nadaje sie do nakladania korektora i podkladu. I tylko te dwa produkty do tej pory uzywalam z ta szczotka. Wlosie jest bardzo geste, zbite i jak widac zaokraglone. Dzieki temu wygodnie sie nia operuje i mozna dotrzec we wszystkie zakamarki. Ogolnie jest bardzo porzadnie wykonana i jak najbadziej warta swojej ceny.


 Zarowno podklad D&G jak i dosc trudny Hourglass swietnie z nia wspolpracuja. Choc na poczatku trzeba nakladanie troche pocwiczyc, to jednak zupelnie inna technika i nie ma co sie zaraz zniechecac. 
 

Jak widac na powyzszym zdjeciu caly podklad laduje na skorze a sama szczotka praktycznie w ogolnie nie pije kosmetyku. Efekt jaki daje widac juz na swatchu, idealnie rozprowadza... bez smug, nigdzie nie wlazi i nie zawisa na wloskach. Mozna by powiedziec, ze na twarzy wyglada jak podklad nakladany jajem ale o wiele szybciej i latwiej.


 Bonusik ;) ... tak wyglada po jakims czasie od nalozenia, oczywiscie nie solo tylko z chanelowym pudrem Cristalline oraz wykonczeniowym od Givenchy, ktory ostatnio pokazywalam. Makijaz nawet po paru dobrych godzinach ciagle wygladal swietnie i nie wymagal poprawek.


Polubilam sie z nim na tyle, ze zamowilam wiekszy rozmiar, ktory wlasnie pojawil sie w sprzedazy. Tak samo noname ale moze kiedys zainwestuje w jakies makrowe. Chociaz jezeli te beda sie dobrze sprawdzac, to po co mi inne ;)