Kolekcja Dior Addict It pojawila sie juz jakis czas temu ale ja wtedy mialam inne tusze pootwierane i moja milosc do Dior Iconic Overcurl kwitnie, wiec nie bylam specjalnie zainteresowana. Pomyslalam sobie... nie zajac. Kiedys przyjdzie na niego czas. I jak widac przyszedl. Ogolnie zainteresowal mnie tylko tusz... pozostale produkty niekoniecznie.
Oczywiscie zdecydowalam sie na czarny kolor, kolorowe tusze podobaja mi sie ewentualnie u kogos... u mnie niekoniecznie. 9 ml to calkiem spora pojemnosc (Iconic Overcurl ma 10ml) ... tym bardziej porownujac do np. YSL z mizernymi 5 ml.
Szczoteczka mnie na poczatku troche przerazala. Nie zawsze umiem sie obchodzic z takimi gumowymi jezowcami. A dziabanie sie tym w oko nie nalezy do przyjemnosci, do tego rujnuje calkowicie makijaz (o tak... zdazylo mi sie pare razy).
Natomiast jak juz sie oswoilam (YSL tez mial taka), to dalsza wspolpraca przebiega calkiem przyjemnie. Tusz sam w sobie jest dosc rzadki ale na szczescie kremowy i na szczoteczce (jak widac na zdjeciu) mamy idealna ilosc, ktora pomaga mi uniknac wysmarowania nie tylko rzes ale i reszty oka.
Bonusik ;)
Plusem tego typu szczoteczek jest to, ze pieknie rozdzielaja i czesza rzesy. Nie bylam tez pewna czy podjedzie mi konsystencja tego tuszu ale na szczescie nie mam zadnych problemow. Mimo, ze tusz nie dojrzewal to bardzo ladnie wyglada i bardzo jestem ciekawa jak bedzie sie zachowywal za jakis czas. W kazdym razie kuku mi nie robi... pieknie wyglada i dobrze trzyma sie na rzesach. Wyglada na to, ze sie polubimy. I oprocz Iconic Overcurl bedzie to drugi tusz marki Dior, ktory naprawde swietnie sobie radzi. Oby tak dalej :)
























